RECENZJE

Microphones
It Was Hot, We Stayed In The Water

2000, K 8.6

Nałóż słuchawki, nastaw płytę; nie domyślisz się, co cię spotka. Nie wiesz, nie masz pojęcia dosłownie. I tak już do końca. Nie będziesz pewien ani jednej osobnej nuty.

Ponadminutowe otwarcie It Was Hot, We Stayed In The Water jest pewnie najoryginalniejszym otwarciem albumu, na jakie się natknąłem. Gdybym w tym momencie zdradził, na czym ta oryginalność polega, pozbawiłbym was wielkiej przygody, jaką niewątpliwie będzie pierwsze odsłuchanie "The Pull". Nie mam serca tego robić, nie chcę zepsuć niespodzianki. (Zepsułeś mi niespodziankę, Borys.) Zamiast wdawać się w dokładny opis, nadmienię tylko, że nikt wcześniej czegoś takiego nie wymyślił. A wszystko polega na tak prostym zabiegu. Jedynie Phil Elvrum mógł na to wpaść.

W ogóle, kto nagrałby taką płytę? Tylko Elvruma i jego szaloną kompanię stać na równie abstrakcyjne, co unikatowe pomysły. It Was Hot, We Stayed In The Water jest pracą teoretyczną na temat tego, co jest, a co nie jest muzyką popularną. Idea to maksymalne odwrócenie standardowych proporcji zwykle obowiązujących w rocku. Takie pojęcia, jak zwrotka, refren, mostek, solówka, riff, piosenka, utwór instrumentalny, rytm, rym i wiele innych już dawno zostały zdefiniowane; więcej: każdy, czy to przy ognisku z grupą przyjaciół, czy w profesjonalnym studiu nagraniowym posługuje się nimi swobodnie i pewnie. To są reguły, których ciężko nie przestrzegać, nawet, jeśli się bardzo chce. One są w nas zbyt głęboko zakorzenione.

Kiedy słyszycie fajny, nośny motyw na cztery, to wiecie, że takt następny będzie od poprzedniego w jakimś stopniu zależny. Albo się powtórzy, albo będzie jakaś progresja, albo pasujący akord. To super! Ja też to lubię, bo jeśli motyw jest naprawdę przyjemny, to czy trzeba czegoś więcej? Elvrum odpowiedziałby, że trzeba. Swą twórczością stara się jakby dowieść, że cały układ może działać na odwrót. Że muzykę rozrywkową można robić inaczej, niż się przyjęło. Że słuchacz potrzebuje zaskoczenia, niejednoznaczności, momentu zawahania. To jest wręcz rozprawa o istocie piękna, jego dostępnych odmianach. Mówię wam, cała akcja jest na poważnie. Elvrum wykracza swoim działaniem poza krańce muzyki pop. On rewolucjonizuje postrzeganie estetyki w jej ogólnym kontekście.

Słuchając It Was Hot niejednokrotnie doznaje się dziwnego wrażenia. Phil i jego współpracownicy (spora to grupa, w ślicznie rysunkowej wkładce do płyty pojawia się siedem nazwisk) najzwyczajniej sobie z nas drwią. Tak jest w owej słynnej sztuczce ze wspomnianego "The Pull". Tak, jak w całym "The Pull", tak i w pozostałych fragmentach albumu nigdy nie wiadomo, co się zaraz wydarzy. Weźmy "Ice" – zaczyna się jak rozpędzony do granic możliwości rock, ale po czterdziestu sekundach wypływa zeń czysta, dziewicza impresja z dzwonkami i delikatnym dialogiem wokalnym przy akompaniamencie akustycznej gitary; efekt końcowy jest już wprost zapożyczony od awangardowców. "(Something)" to cudna ballada, ale tak udziwniona, że nie łatwo to odkryć; później zmienia się w zupełną hipnozę. "Between Your Ear And The Other Ear" to też akustyczny trans, tak naturalny, że można nim oddychać.

Powiedzmy teraz o "The Glow", absolutnym opus magnum, nie tylko It Was Hot, ale całego dorobku Microphones. Zaczyna się niepozornym brzdąknięciem w nylony. Oddajmy głos mistrzowi ceremonii: "The blow came down from the hills / Followed by snow / The snowy blow". Sposób wypowiadania tych słów przez Phila odróżnia go od tysięcy innych wokalistów na świecie. Ale nagle, co to? Największy paraliż od miesięcy. Jak oni to zaśpiewali? Ile ich było? Nakładki, czy na setkę? O co chodzi? Twierdzę, że przed usłyszeniem tego chóru, oddającego całą głębie istoty człowieczeństwa, byłem osobą uboższą. Nie tylko o doznania stricte muzycznie. I teraz tak: jesteśmy na wysokości półtorej minuty. A "The Glow" trwa jedenaście. Co tam się dalej dzieje! No przecież nie zdradzę ani jednego szczegółu więcej. Dość, że jest to jedno z najważniejszych nagrań psychodelicznej muzyki rockowej ostatnich lat.

A cały sekret muzyki Microphones tkwi w tej specyficznej wrażliwości. W tym niewinnym, dziecięcym głosie Elvruma. W poczuciu wyjątkowego kolektywu między członkami zespołu. W charakterystycznym dla klimatu It Was Hot cieple. W redefinicji kategorii piękna. Tę płytę tworzy także, na równi z Elvrumem i jego przyjaciółmi, każdy, kto jej posłucha. Trzeba wiele wnieść od siebie, żeby odnaleźć się w surrealistycznym świecie Microphones. Ale gdy pozwolicie, by artyści za rękę poprowadzili was w pozornie niedostępne miejsce, okaże się, że nie ma tam nic strasznego. To tacy sami ludzie, jak wy, tylko, że mniej od was zakłamani, bardziej serdeczni. A na koniec będą na was czekać organy.

Borys Dejnarowicz    
20 maja 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie