RECENZJE

M.I.A.
Kala

2007, XL 7.2

Gdzieś między metrem Natolin a metrem Imielin wisi nad pewną budką wciśniętą między warzywniaki taki szyld: "Militaria i Upominki". Asortyment jest nader urozmaicony, przynajmniej był, gdy ostatni raz tamtędy w bezpiecznej odległości przechodziłam. Fanom terrorystycznego eklektyzmu ozdobnego radzę rzucić na tę osobliwość okiem, ale przedtem w ramach przygotowań powinni oni przesłuchać najnowszą płytę M.I.A..

A więc przede wszystkim co za ulga, nie jest jednak źle. Po "Bird Flu" i "Boyz" można było co prawda oczekiwać uroczej katastrofy, ale potem pojawił się "Jimmy" i nadzieja na właściwy comeback M.I.A. odżyła w moim muzykalnym serduszku. I słusznie, jak się okazało. Choć z jednej strony trudno, żeby jedna pani (nawet z niewielką pomocą przyjaciół zsamplowanych z przeszłości i zaciągniętych na płytę z teraźniejszości) wciąż dawała radę i nie wydała wreszcie słabego albumu, a z drugiej strony też trudno, bo jak można wkleić samemu sobie do utworu "Where Is My Mind?" i nie polec? No i znowu ten Timbaland, ile można, raczej chciałoby się w pierwszej chwili pomyśleć, że tonący Timbalanda się chwyta. A jednak wszystko gra. Maya Arulpragasam (fajne mają te nazwiska. Jej tata z Tamilskich Tygrysów nazywa się Pragasam. Brzmią jak DH Tarchomin, co dodatkowo cieszy, ta międzykulturowość) oprócz wymienionego producenta zaprosiła też do współpracy Dave’a Taylora znanego jako Switch, jak również współtwórcę Piracy i (chyba wciąż) swojego chłopaka Diplo oraz innych. Jak już mówiłam, gościnnie zaśpiewali też z plejbeku głosem Mayi Pixies, Clash też się gdzieniegdzie reaktywowali i udało im się jakoś wpasować tak ładnie, jak niegdyś na Piracy udało się to Eurythmics ze "Sweet Dreams" w "China Girl". Całość została przyozdobiona kolorowymi, plastikowymi owocami tropikalnymi, cekinami, militariami i upominkami z różnych stron świata. Przeprowadzany przez M.I.A. recykling przypomina niechcący zajebiste karaoke domowej roboty, nagrywane na plaży na magnetofon szpulowy i może przez to unika wszelkiej pretensjonalności.

Półcover jest zresztą tak zwanym highlightem albumu. "Jimmy" został przeklejony z twórczości niejakiej Parvati Khan, z Bollywoodzkiego filmu Disco Dancer, rok 1982, oto oryginał, teledysk przywodzący mi na myśl twórczość grupy Bolter. Niektórzy mówią, że wersja M.I.A. mogła być bliższa pierwowzoru, ale mi się akurat wydaje, że wprowadzone zakłócenia są bardzo korzystne. A tak w ogóle to "Jimmy" w pierwszym momencie skojarzył mi się właśnie wcale nie z Bollywoodem, tylko z inną daleką krainą, nawet fikcyjną, chociaż nie znam się na mapie. Dla mnie to brzmi jak nagły i nieoczekiwany przerywnik kreskówki w rodzaju Gigi la Trottola albo pieśń Dronii z Trójki Drombo. Na oryginalnym teledysku też pojawia się element charakterystyczny dla tych kreskówek – nieporuszony niczym, Sharukhanopodobny pan to coś jak stopklatka ze zbliżeniem robiona w momencie strzelania decydujących goli przez postaci albo wtedy, gdy bohaterowie robią zdziwioną minę i na chwilę przestają być do siebie podobni.

Podsumowując M.I.A. zyskawszy zasłużone sławę, pieniądze i możliwość zaistnienia na Pudelku w towarzystwie Timbalanda i Missy, w dalszym ciągu udowadnia, że umie wszystko ze wszystkim pomieszać dowolnie. Morał jest taki jak zwykle – to znaczy że popularność i jakość mają się do siebie nijak w żadną właśnie stronę, więc dlaczego nie da się włączyć radia prawie nigdy? Piracy pozostaje dalej na najwyższym podium, Arular zostaje wicemistrzem, natomiast Kala zostaje drugą wicemiss, a także miss szerszej publiczności. Poza tym podobno M.I.A. podróżuje ostatnio więcej niż zwykle, ponieważ nie może wjechać do Stanów Zjednoczonych z powodu braku wizy. Stany są dosyć duże, więc prawdopodobieństwo zahaczenia o Polskę chyba nieznacznie wzrosło.

Zosia Dąbrowska    
10 września 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy