RECENZJE

M.I.A.
Arular

2005, XL 7.8

Konotując muzycznie M.I.A. z przedstawicielami nurtu grime'owego trzeba mieć świadomość sporego nadużycia. Sama się zresztą odcina, nie chcąc być umieszczana w lokalnej tematyce East London. Co potwierdza wyczekiwany od miesięcy longplay Arular, wypełniony po brzegi popowymi smaczkami, mocnymi hookami i feelingiem będącym swoistym amalgamatem kulturowym i stricte muzycznym, na który składają się klimaty karaibskie, azjatyckie, jakieś Kingston na przykład, Rio, Nowy Jork czy wreszcie Londyn. I słychać, że kobieta rodem ze Sri Lanki, gdzieniegdzie. Może minimalnie mniej niż na zeszłorocznym mixtapie, sklejonym razem ze swoim partnerem Diplo Piracy Funds Terrorism, gdzie gość do kilku jej wokali dorobił grime'owo-dancehallowe produkcje z posmakami ragga i hip-hopu, oraz subtelnie przybrudzone elektro i wpływ baile funku. Generalnie ewokacja aury ulicznej, różniąca się od grime zasięgiem i inspiracjami.

Na Arular mamy do czynienia z wciąż buczącym soundem, ale czystszym i bardziej przystępnym od mixtape'a. W produkcji brali udział między innymi Richard X, Steve Mackey i sam Diplo, co skutecznie wyprowadziło album na popowy pułap, z nachyleniem w kierunku mainstreamu. Pani Arulpragasam świetnie radzi sobie zarówno w głośniejszych, przytłaczających momentach, wydobywając z siebie banghrowe zaśpiewy, czy wokalizując w dopasowaniu do średnio regularnych bitów w szybkim tempie, od czasu do czasu skłaniając się ku jakimś rapowankom (bo trzeba wiedzieć, że różne strony świata oraz wpływ kultur widać także w metodzie wokalnej).

Tracki 11 i 12 z kolei, "Sunshowers" i "Galang", to naprawdę są jakieś momenty dziewiątkowe, więc poświęcam osobny akapicik: w pierwszym r'n'b-owy vibe podrasowany grubym brzmieniem wywodzącym się z hybrydy dancehallu i grime, w drugim potężne bity z niesamowicie wyglądającym głosem na ich tle, przy czym całość kończy się silnym zaśpiewem (który notabene brzmi, jakby wykorzystywał wszystkie możliwości Mayi) na podkładzie w postaci nienaruszonej (choć spodziewałem się jakichś breaków), co zdaje się przewidywać wygląd muzyki przyszłości (że jakiś XXV wiek, copyright by Borys D). Choć przecież cały utwór w sumie odkrywczy, z lekko rzężącym bitem i spokojnymi cyfrowymi zgrzytami w tle. Przy okazji to jeden z najlepszych kawałków ubiegłego roku.

A "Fire Fire", niezliczoną ilość razy przesłuchiwany na repeacie ze względu na przytłaczających rozmiarów bit utworzony z niskiej jakości wybuchu bomby? Też rewelacja przecież, dodatkowo powołująca się na Missy i Timbalanda w tekście. Przyjemnie jest przyznać, że album nie zawodzi (nawet interesująco wypada "Amazon", spokojnie mogący się znaleźć na ostatnim Wileyu, z bonusem w postaci egzotycznego posmaku). I równie przyjemnie obserwować, jak wymiatający vibe nie wyczerpuje swojego potencjału po kilku przesłuchaniach – jedzie, tworząc razem z przekazem (M.I.A. teksty ma mocne jak na tak sexy/groovy/blasty album, walcząc na swój sposób z konsumeryzmem, politykując wciąż) cholernie dobrze dopełniający się obiekt z duu-ż-yym potencjałem hookowo-parkietowym (ale intro do "Hombre", ja tak nie mogę, że wydaje mi się *zbyt dobre* kurwa, aaa, a). Oraz: nie będę słuchał, że laska nie ma charyzmy. Bo przecież drive "Pull Up The People". I te wszędobylskie synth-clapy. Boskie.

W każdym razie Arular jest znakomitym albumem charyzmatycznej wokalistki, która przy naturalnej dla siebie estetyce (wynikającej z kłopotów z tożsamością, pochodzenia etc.) wykoncypowała luzackiego rozpierdalacza, którego przeznaczeniem jest *rządzić*. Przy okazji formułując rodzaj wypowiedzi zespalający wszelkie struktury kulturowe, z jakimi mogła mieć autorka do czynienia. A dzisiejszą reckę sponsorowało pojęcie amalgamatu.

Mateusz Jędras    
10 kwietnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie