RECENZJE

Mi Ami
Steal Your Face

2010, Thrill Jockey 6.4

JB: Punkowa inkarnacja Luke'a Jennera i ostatnia nadzieja Riot Grrrl – Daniel Martin-McCormick nie próżnuje i bezustannie szamocze się gdzieś pomiędzy noisem, afrykańskim rytmem, klubowym groovem a nieposkromionym eksperymentem. Temu ostatniemu dał zresztą upust na jednomyślnie przeoczonym, ubiegłorocznym Sex Worker The Labor Of Love, na którym to uprawiał ambient z lekko Popol Vuhowym namaszczeniem. Na Steal Your Face zaś znów przyspiesza, by, z pomocą bardzo solidnej sekcji rytmicznej, kontynuować karierę Jaroussky'ego niezalu. Weźmy taki "Latin Lover", który można uznać za odpowiednik "Echonoecho", zamknięty w piosenkową formułę. Oparty na solidnym dance-punkowym szkielecie (afrykański pierwiastek w odwrocie), nabiera tempa, przelewając się konsekwentnie na stronę sprzed dywizu (cowbell, inne zabawki). W gruncie rzeczy, znajomo. Podobnych, choć może mniej wyrazistych, momentów jest jeszcze kilka, warto jednak zwrócić uwagę na dwa najdłuższe fragmenty płyty: ilustracyjne, stonowane "Dreamers", które najwyraźniej czerpie z wspomnianego side-projectu McCormicka i jammujące, transowe "Slow" - mrugające to do krautu, to do amerykańskiej psychodeli - a mnie samemu przypominające o nowym Magic Lantern, które sobie właśnie odpalam. Miami zaś satysfakcjonujące, ale żaden Heat to nie jest.

MZ: Żarliwy, wściekły i skandujący punk z wyładowaniami gitarowymi do złudzenia przypominającymi Les Savy z Go Forth zrealizowany dub-noise'owo – "w dzisiejszych czasach" to już nawet nie dziwi, choć mogłoby się wydać chore. Zaczyn telepiącego motywu basowego dobywającego się z trudem spod warstw rzężenia i wrzasku w końcówce "Harmonics" to wstęp do wielkości tego kawałka, niestety zaniechany. Przy okazji "Latin Lover" znowu można przywołać Les Savy Fav, tym razem "Our Coastal Hymn". A ten klaustrofobiczny krajobraz Pere Ubu w połączeniu z wystękanym przez zęby, ledwo czytelnym "I wanna dance with somebody / I wanna feel the heat with somebody" składa się na bezbłędną dezynwolturę wobec najpiękniejszych tradycji współczesnego popu (smiley). Out Hudowe taneczne zwieńczenie tego kawałka jest po prostu udane.

Nie wszystko musi się na tej płycie podobać, jeśli były jakieś ślady afrobeatu i funku w "Dreamers" to zostały one najpierw zgniecione w jedną skorupę, następnie rozcięte piłą sztychową, a następnie roztopione w piecu i rozmazane, ale determinacja Mi Ami budzi uznanie, co prawda mniejsze od tego, które swojego czasu zyskały na Porcys God's Money albo Beaches & Canyons, ale Gang Gang Dance też trochę się rozkręcali. A tytuł to rozumiem, że w hołdzie dla (podobno) najgorszej koncertówki Grateful Dead?

KFB: Tęskniłem za czymś takim w tym roku i w sumie nie do końca spodziewałem się, że to właśnie nowe Mi Ami podoła ambitnemu zadaniu nagrania niby-punkowej płyty z tak licznymi, różnorodnymi odniesieniami. Steal Your Face faktycznie miejscami urywa ryj, ale z drugiej strony gdyby grupa bardziej skupiła się na przebojowości tych kompozycji, to moglibyśmy mieć tu coś jeszcze lepszego. Chociaż takie narzekanie wygląda trochę nie na miejscu, bo z drugiej to właśnie te eksperymenty w obrębie innych genres w dużej mierze stanowią o sile tego albumu. Sytuacja jest więc patowa, ale całe szczęście końcowy efekt więcej niż zadowalający – coś dla siebie znajdą tu zarówno sieroty po LSF (opener!) jak i zwolennicy muzycznego eklektyzmu, bo interesujących smaczków na tej "kipiącej energią" płycie znajdziecie bez liku.

ŁK: Widziałem kiedyś Mi Ami na żywo i ten występ to był niesamowity krautowo-dance-punkowy wir. Martin-McCormick darł się jak opętany, wspomniany wyżej Luke Jenner z The Rapture a za tym co robił z gitarą trudno było nadążyć. To, że niemal udaje im się uchwycić ten żywioł na albumach studyjnych to konkretne osiągnięcie. Steal Your Face kontynuuje drogę wyznaczoną na debiucie. O ile Watersports przerabiało post-hardcore, który część grupy uprawiała wcześniej w Black Eyes, w muzykę hipnotyczną, opętańczo taneczną i tropikalną, nowa płyta zachowuje wypracowany szkielet i miażdży go siłą jazgotu. Kolesie się nie cackają z odbiorcą – opener "Harmonics (Genius Of Love)" nie ma intro, natychmiast przystępuje do frontalnego ataku krzykiem i hałasem. Sekcja rytmiczna łapie plemienny groove, w środku nagle zaczynają budować napięcie, ale napalm gitary spala w końcu wszystko inne. To wycieńczający początek, ale przygotujcie się, że tak już będzie prawie cały czas. Jasne jest, że Mi Ami mają świetnego perkusiste, który nie ma zamiaru ani na chwilę odpoczywać, ale ta gitara ma wszystko w dupie, prędzej czy później zniszczy, skoroduje każdy utwór. Ale uwaga - Mi Ami mają melodie, mają motywy, które można wyłapać i zapamiętać. "Native Americans (Born In The USA)" jest niemal ładne! Ładne w taki sposób, w jaki miejsko - dzikie, pulsujące jamy Gang Gang Dance bywają ładne, ale jednak. Ciągle jeszcze nie jest to mistrzostwo, do którego ci kolesie są chyba zdolni, ale takich obietnic powinniśmy słuchać.

Jan Błaszczak     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Michał Zagroba    
16 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie