RECENZJE

MGMT
Oracular Spectacular

2008, Columbia 6.5

Jakoś na początku roku jeden ziomal podesłał mi dwa linki głosząc, że to będą tegoroczne rewelacje. Jeden z nich prowadził na MySpace Vampire Weekend, które okazało się zupełnie nie moją bajką i nawet nie próbuję tego oceniać, bo to zdecydowanie nie moja drużyna. Z kolei drugi odnośnik zawiódł mnie na profil MGMT, gdzie odsłuchałem sobie wszystkie dostępne tracki i o ile "Time To Pretend" doprawdy przypadło mi do gustu, to już reszta nie zapowiadała niczego nadzwyczajnego. Tym niemniej parę repeatów tego utworu i niejako niechcący przesłuchane pozostałe, zbudowały we mnie pewne zaciekawienie ich długogrającym debiutem.

Tytuł płyty trochę dziwaczny, okładka zresztą również, ale nie przeszkadza, bywały gorsze. Zawartość albumu całkiem zadowalająca, nieco powyżej moich niewygórowanych oczekiwań. "Weekend Wars" (tu jak Boga kocham słychać Jaggera i to w takim piskliwym, męczącym wydaniu) i "Pieces Of What", które zdarzyło mi się odsłuchać już w styczniu są tutaj najsłabszymi fragmentami, reszta trzyma poziom i zdecydowanie cieszy ucho. Dużo tutaj skojarzeń i zapożyczeń, choć solidnie wstrząśniętych i wymieszanych, przez co zespołowi udaje się zbudować własną tożsamość i styl, a wszelkie inspiracje należy w tym przypadku zaliczyć raczej na plus niż jako powód do zjebki. "Time To Pretend" to takie porządne Arcade Fire w klimacie "Rebelion (Lies)" i ja nie mam nic przeciwko temu. Zresztą, równie świetne i przebojowe "Kids" także oscyluje w tych rejonach, choć jest jeszcze bardziej zaraźliwe i taneczne. Często też można odnieść wrażenie, że MGMT proponuje nam trochę bardziej gitarowe Flaming Lips z czasów Yoshimi Battles The Pink Robots (ot, chociażby "4th Dimensional Transition"). Zresztą o czym my tu mówimy, Oracular Spectacular wyprodukował Dave Fridmann, odpowiedzialny od bardzo dawna za produkcję albumów Flaming Lips, jak również Mercury Rev (którego jest członkiem), także wszelkie analogie z tymi dwoma kapelami należy uznać niemal za oczywistość.

Na szczęście MGMT udaje się unikać bezczelnego rżnięcia z innych i grania na pałę korzystając z indie koniunktury. Nawet słabsze fragmenty wkomponowane w całość nie brzmią tak źle, a te dziesięć kawałków trzyma podobny poziom fajności i chwytliwości. To jest właśnie klucz do tej płyty – każdy utwór, o ile nie całościowo, to przynajmniej momentami, wpada w ucho, sprawiając że słuchanie albumu idzie płynnie i nie ma mowy o skipowaniu. Przecież nie każdy zespół musi odkrywać Amerykę – w tym przypadku wystarczy parę chwytliwych refrenów, dobre brzmienie/produkcja, nieco nietypowy wokalista plus optymalny dobór utworów, by nagrać płytę, której po prostu dobrze się słucha. Bez spinki, na luzie, z uśmiechem na ustach.

Łukasz Halicki    
26 marca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy