RECENZJE

Meth, Ghost & Rae
Wu-Massacre

2010, Def Jam 4.8

ŁŁ: Apeluję, aby nie traktować poważnie tych wszystkich zabawnych wydawnictw członków Wu-Tangu, które z prawdziwym Wu nie mają nic wspólnego. W 97 wydanie płyty, która po wyrzuceniu z niej skitów (Tracy Morgan!), remixów czy ciętego po raz setny tego samego sampla ("Criminology 2.5") trwałaby z 15 minut i dodanie do niej okładek (w 3 wersjach) zaprojektowanych przez gościa z Marvela byłoby niskie, ale do pojęcia. Dziś nad wszystkim unosi się zapach niewyobrażalnej żenady, bo wspomniany kwadrans to 15 minut przesłodzonych (nie jak w przypadku "Mrs. International" po prostu "słodkich") bitów z nawijkami trzech niby najbardziej cenionych raperów z Klanu, tylko że akurat nic oni nie wnoszą, no i jest ich TRZECH (więc co to ma wspólnego z Wu, pytam ponownie). Zeszłoroczny Rae siekał, tu: zero zainteresowania, zero emocji, drętwa, bardzo zła i niepotrzebna płyta.

ŁK: Apeluję, aby nie traktować poważnie Łukasza Łacheckiego, bo się chyba najadł szaleju. To oczywiście jest półgodzinny albumik, który nie ma żadnej wagi w dyskografiach raperów Wu-Tangu a wydawanie tego króciutkiego i mało istotnego krążka z trzema różnymi okładkami może sugerować przerost formy promocji nad promowanym produktem. Ale Wu-Massacre to bardzo fajne pół godziny a te okładki są super. Zapominając na chwilę o hiper-długich albumach w rodzaju Cuban Linx Pt. 2, które z miejsca chcą ubiegać się o pozycje klasyka, Meth, Ghost i Rae nagrali sobie bez spinki kilka fajnych rapów o pieniądzach i kobietach. Bity są przebojowe i błyszczące jak złote łańcuchy. Słuchając tego, przez większość czasu myślę "no faaajne, nie ma się czego czepić", ale, przynajmniej jeden utwór zasługuję na kompletnie entuzjastyczny odbiór. Singiel "Gunshowers" ma podkład otumaniający jak koks i światła w klubie i refren Method Mana, który bez żadnego wysilania się wypluwa słowa jak pestki słonecznika – stąd na moją singlową listę roku.

FK: Ilekroć partycypuję w opisie średniej płyty, to zawsze okazuje się, że tam już Łachecki zdążył zmieszać przeciętność z gównem. Uginam się wtedy pod cieżarem logiki argumentów i automatycznie chce mi się obniżać ocenę. No bo nie mogę się nie zgodzić z ani jednym słowem, które nie jest ocenne. Nie przeszkadza mi otoczka wokół płyty, czy sylaba "Wu" w tytule, bo w jakiśtam sposób jest ona usprawiedliwiona. Przeszkadza mi natomiast, że i Ghostface, i Raekwon, i nawet Method Man mieli dziesiątki lepszych solowych kawałków i featuringów. Tutaj natomiast chyba mieli ambicję skonstruowania jakichś 72 Chambers, która okazała się przygniatająca. W skrócie – ile dekad można słuchać sampli wybuchających trąbek?

AG: Wierzcie lub nie, w autobusie na Ruczaj wszyscy słuchają Wu-Tangu. Podchodzisz do kasownika – Liquid Swords, ustępujesz miejsce ciężarnej – ze słuchawek wycieka jej Enter, znajdujesz schronienie w przegubie, włączasz przenośny odwtarzacz mp3 i ze zdziwieniem odkrywasz wszystkie wydawnictwa Ghostface Killah nagrane poprzedniej nocy w pijackim zwidzie. Znaczy przynajmniej raz taka sytuacja na moich oczach zaistniala. Podróż do stacji kosmicznej III Kampusu UJ trwa około pół godziny, wliczając w to korek, czyli dokładnie tyle, ile nowe wu-wydawnictwo, Wu-Massacre. Lubię myśleć, że Method, Raekwon i Ghostface nagrali je z myślą o pasażerach linii 124. Dlatego jeśli macie ochotę na znośną podróż w oparach hip-hopu z 2001 z w cholerę niepasującym finałem circa 2003 ("It's That Wu Shit" – o co chodzi?) i garścią przenikliwej analizy ekonomicznej w skicie ("Hola papa, papi chulo, I need 1100 dollars for my rent! I said bitch well that's yo first mistake. You fucking a wrong muthafucker. You should be fucking your landlord!"), to sobie zapodajcie.

Aleksandra Graczyk     Łukasz Konatowicz     Łukasz Łachecki     Filip Kekusz    
3 maja 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja