RECENZJE

Mercury Rev
The Secret Migration

2005, V2 7.0

Możemy spróbować powiedzieć sobie co nieco o poziomie wszystkich sześciu krążków Mercury Rev. Na przykład, że na debiucie osiągnęli jedno z wcieleń ideału piosenki (rzeczone "Frittering" graliśmy ostatnio z Szatowem w garażu, gitara mi wypadała z rąk). Albo że w tym roku tylko kilka, no kilkanaście zespołów globu wspięło się na pułap, który Nowojorczycy "spokojnie" utrzymują od czternastu lat. I jak widać po ocenie, to wcale nie jest poziom "bardzo dobry", no bez żartów. Szczerze mówiąc, nie licząc No Flashlight nic mnie w tym roku tak nie chwyciło za serce (ale nie, że tak się mówi, po prostu tak było, tak się sprawa miała) jak to oto najnowsze ich dziełko. Wiadomo, że wokal Donahuenda ("If I was a white horse" – zdanie, które położyłyby wszystkie głosy świata, a ten jednak nie), że pieszczotliwa produkcja (cudnie wymoszczony bas w "Black Forest (Lorelei)"), że zrodzone przez nieźle wybujałą wyobraźnię aranżacje. No ale to wciąż starczy na piękny album. Staramy się unikać tego przymiotnika, jako mającego tendencję do odwracania wypowiedzi w grafomańską, ale tu nie ma ucieczki. Planowałem teraz wrzucić przykłady – "jeśli x nie jest piękny, to co jest"? Skacząc jednak po trackliście w poszukiwaniu najbardziej pasującego do tego zdania utworu, zafrasowany musiałem się wycofać z zamiaru, heh, przecież KAŻDA z tych piosenek odnajduje się w tym wyrażeniu. Emocjonalnie tu się wkradają pierwiastki starego kultowego Sigura, ciarki. Polały się łzy me czyste, rzęsiste na mój wiek męski, wiek klęski, normalnie. No cóż, trudno mi sobie w tym momencie wyobrazić trudniejszy album do recenzowania: jako podstawową cechę wyróżnić trzeba owo "blogowe" w wydźwięku tekstu piękno, przy czym elementów innowacji w procedurach jego osiągania w zasadzie brak. Nic, tylko rozłożyć ręce.

Jędrzej Michalak    
15 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie