RECENZJE

Mercury Rev
Snowflake Midnight

2008, Yep Roc 6.1

Teoria szóstego stopnia oddalenia zakłada, że jesteśmy w stanie dotrzeć do każdego osobnika na świecie, korzystając z łańcucha sześciu, nieznanych wcześniej, osób. Milgram wykonał ten eksperyment czterdzieści lat temu przy użyciu listów. Jeśli dziś wynik tych badań robi wrażenie, to chyba tylko ze względu na sprawność amerykańskiej poczty.

Ostatnio w Krakowie spotkałem dobrego znajomego, który narzekał na rewolucję w komunikacji społecznej. Wszystko zaczęło się od pewnego serbskiego zespołu. Polskie media nie interesują się kulturalną stroną Belgradu, co sprawiało że znalezisko Piotrka było jeszcze cenniejsze i dawało mu więcej radości. Zwłaszcza, że jako zadeklarowany serbofil, odbierał te albumy na wielu, niekoniecznie artystycznych, płaszczyznach. Dzień po dniu pomiędzy nim a poszczególnymi piosenkami narastała emocjonalna więź. Aż pewnego wieczoru, chcąc podzielić się swym skarbem ze swoim przyjacielem, puścił mu jeden z albumów swojej ukochanej kapeli. Zapomniał, niestety, że słuchacz – oprócz bycia kolegą, jest także istotnym węzłem w sieci międzyludzkiej komunikacji. Impulsy poszły a kolejne receptory – skroblując, ratując i bardzo lubiąc informować przyjaciół – przewodziły. Kilka dni później forumowicze zaczęli zmieniać avatary. Nazwy zespołu nie zdradzę.

Konsumujemy kulturę masowo i w wielkim pośpiechu. W drodze do warzywniaka – najnowsze propozycje z WARP, w tramwaju – Sakamoto, a potem pędem do domu, żeby odrobić zadanie domowe z kategorii alt-country. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że sam się na tym czasem łapię. Post-industrialna potrzeba wiedzy zaczęła obierać sztukę z jej właściwej funkcji. Nawet nie funkcji, bo przecież nie o żaden funkcjonalizm tu chodzi, tylko z jej esencji. Największe kuriozum w tej dziedzinie stanowi dla mnie Rate Your Music, które opiera się na wyławianiu, co lepiej ocenionych przez użytkowników, albumów. Sztuka sprowadzona do statystyki. Kultura wprzężona w zasady demokracji. Transfer dzieła muzycznego (a tym samym autora) do miejsca przed i po przecinku. Wiadomo, szybkość i wygoda, bo "tempus fugit jak sam skurwysyn" i choć nie korzystam z "RYM-a", rozumiem dylemat: "dwieściezdwatysiąceósmego roku czy tylko 50, ale trochę głębiej, bardziej osobiście i w ogóle". Ciota ze mnie, co nie?

Ostatnia płyta Mercury Rev zdecydowanie pozbawia mnie przyjemności poznawania pozostałych dzieł, ukazujących się w 2008 roku. Absolutnie powodem nie jest nadzwyczajny poziom wydawnictwa, tylko fakt, że... Mercury Rev wydało kolejny album. Naprawdę, nie ma co tu mierzyć zawartości cukru w psychocukrze, tylko cieszyć się, że starzy przyjaciele wrócili.

Wypadałoby napisać akapit o samej muzyce, jednak w tym miejscu okazuje się, że narzędzi nie mamy zbyt wiele. Po kolei.

Czy możemy pochwalić za innowacyjność? Raczej nie, ale wypada docenić zmiany w stylistyce materiału. Po siedemnastu latach nagrywania, Donahue z kolegami wpisują w swoje CV inż. elektronik. Najpierw był okres znarkotyzowanych - psychodelicznych jazd, potem zaczęły się już pojawiać popowe melodie, które rozkwitły w całym swym pięknie na Deserter’s Songs a obecnie Mercury Rev grzebią trochę przy beatach. Nowy rozdział, więc teoretycznie należy się "plus" tyle, że oni nic nowego na tym polu nie wymyślają, ot Boards Of Canada, Krzysztof Zakrocki. Nawet, jeśli wykorzystują do tego jakiś śmieszny generator, losowo syntezujący dźwięki, to wciąż elektronika stanowi tutaj (oprócz beatów używanych zastępczo do perkusji) tło, detal.

Jak wygląda kwestia spójności materiału? Jak wyżej – ambiwalentnie. Nie jest to płyta na jedno kopyto, ale z drugiej strony nie wiem czy cztery wystarczą. Zaczyna się od rasowych, popowych singli, w których z leniwego klawiszowego tła wyłania się straightforward beat oplatany coraz gęściej efektami (handclapy, śmiechy, pogłosy, piłeczki golfowe) a efekt jest taki, że w ostatniej pół minucie wszystko wybucha w całkiem tanecznych okolicznościach. Pod czwartym indeksem kolejny, potencjalny przebój, przybierający monumentalne rozmiary za sprawą bębnów i Grasshoppera, by po chwili znów ewoluować – tym razem w złowrogi ambient. Szuwaks, mydło i powidło, ale jeśli nawet nie całość na repeacie, to poszczególne momenty – jak najbardziej!

Analiza poszczególnych kawałków nie ma większego sensu, bo subiektywizm się wkradnie na pewno. Zamiast pisać elaboraty o kruchości głosu Donahue’a albo o synestezyjnej mocy gitary Grasshoppera, pozwólcie podzielić się piętnastoma, najbardziej ruszającymi mnie fragmentami w twórczości Mercury Rev.

15. (1:47-2:13) Monumentalne klawisze, spowalniające i dodające patosu easy-listeningowemu, aż do tej pory, "Butterflys Wing".

14. (1:33-1:47) Mostek po pierwszym refrenie w "Secret For A Song". Klawisze.

13. (1:00-1:06) "Passing like a sheep through my sleep" z "You're My Queen".

12. (2:20-2:48) Refren "Car Wash Hair" przy pierwszym podejściu w tle tylko waltornia, przy drugim – urywane dźwięki gitary, no i klasycznie pokręcone liryki: "Number two has got me confused / Hope I always be numbers one and three".

11. (2:39-2:46) "Say what You will / Say it’s all a dream", czyli "Rainaway Raindrop" z ostatniej płyty. Uśmiałem się.

10. (0:22-0:25) "If I was a white horse" jest coś irracjonalnie przyjemnego w wyrazie "horse", jakaś fonetyczna błogość (porównaj: "Speed Trails" Smitha czy "Red Apple" Smoga).

9. (4:03-4:29) Śliczna solówka na saksofonie, jako zemsta po wcześniejszym zagłuszeniu rockowym refrenem – takie rzeczy tylko w "Sudden Ray Of Hope".

8. (1:43-2:38) "Holes" - pierwsze minuty Deserter's Songs i już jedna z najpiękniejszych orkiestracji, jakie dane mi było słyszeć w muzyce rozrywkowej. Niesamowicie to wszystko narasta i gdy tylko Donahue kończy, rozbrzmiewają tak wyczekiwane skrzypce i dęciaki, ale nie byłoby tego wszystkiego, gdyby nie psychodeliczny dźwięk piły.

7. (0:43-0:58) "I can't remember and I can't decide / What was the season and the colour of your eyes". Komentarz zbędny.

6. (1:13-1:30) Tuż po odejściu Davida a jeszcze przed problemami Jonathana, Mercury Rev nagrało płytę, będącą idealną wypadkową jazzowych fascynacji Grasshoppera i rockowych korzeni zespołu. W przypadku "Racing The Tide" chodzi jeszcze o zachowaną w tym wszystkim harmonię.

5. (4:43-5:20) "Downs Are Feminine Baloons" jeszcze z Davidem Bakerem, ale przede wszystkim fraza: "If there's one thing I can't stand / It's up", z delikatnym chórkiem, podchwycającym "up, up ,up, up" i śliczną partią fletu. W tle szeleszczą talerze.

4. (0:45-0:47) "On glass", zmiana tempa i rezygnacja w głosie Donahue'a, który w ten sposób kończy refren słynnego "Goddess On A Hiway".

3. (0:05-0:25) Niespieszne wyłanianie się basu, który w swojej dostojnej jednostajności będzie towarzyszył muzykom na przestrzeni całego "Tides Of The Moon", doskonale, zresztą, te pływy imitując.

2. (1:08-1:56) Wszystko jest uzależniające w tym kawałku, począwszy od inspiracji na teledysku kończąc, ale chyba najmocniejszy moment stanowi, gdy po tytułowym "Yerself Is Steam" następuje tytułowe "Chasing A Bee" i to, jak w międzyczasie im wszystkim odpierdala.

1. (2:04-2:54) Długo musiał się Grasshopper modlić w klasztorze o taką solówkę, jak ta w "The Funny Bird" . Ciąg asocjacyjny, jeśli się już zaczyna, to nie dotyczy innych gitarzystów świata tego, tylko wspomnień, sytuacji, problemów, które okazały się być żartami i żartów, jak ze świata Kundery, ludzi, którzy nie wiem, gdzie się teraz podziewają i tych, o których wiem to aż za dobrze i oczywiście dziewczyn – bo to jest, moi mili, muzyka do wewnątrz.

Jan Błaszczak    
3 listopada 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja