RECENZJE

Merchandise
After The End

2014, 4AD 6.0

Niewątpliwym sukcesem Merchandise było wypracowanie bardzo charakterystycznego soundu. Na przestrzeni ostatnich lat oscylowali gdzieś pomiędzy lo-fi psychodelią, post-punkową motoryką, shoegaze'ową fakturą, krautrockowymi odjazdami, wszystko w zgodzie z punkowym etosem. Wiadomość o podpisaniu kontraktu z 4AD mogła więc zaniepokoić die-hardów kwintetu z Tampy, wywołując nieracjonalne wyobrażenie o utracie niezależności. Zarzut tym bardziej poważny, że zespół właściwie przy każdej okazji deklarował kierunek zgodny z duchem DIY: nagrywki w domowym studio, samodzielnie produkowane przez Carsona Coxa, gigi w opuszczonych magazynach – wiadomo. O ile taka droga w realiach 2014-ego roku wydaje się być nieco nie na miejscu, o tyle dla zespołu Coxa i Vassalottiego była bardzo charakterystyczna (przynajmniej – do tej pory), wiec umowa z jednym z kilku największych niezależnych labeli mogła co wrażliwszych pryszczatych buntowników przyprawić o dreszcze.

Dodatkowo, poczuciem grozy napawały deklaracje lidera: obsesja na punkcie music shows typu Top Of The Pops oraz fascynacja chartsowym popem z lat 70-tych mogły podnieść ciśnienie konserwatywnej części fanbase'u. Tampa jednak zobowiązuje, co nie? W zasadzie i bez tych rewelacji można było spodziewać się zbioru kawałków trochę bardziej przyjaznych radiu, nie tylko ze względu na zaistniałe okoliczności. Dla słuchacza uważnie śledzącego ewolucję bandu taka droga wydawała się przecież dosyć sensowna. Deal z 4AD miał okazać się bardzo dobrą wiadomością – głównie dla tych, którzy doskonale wiedzą, że Cox potrafi zaśpiewać chwytliwą melodię, a i Vassalotti nie pogardzi uzależniającym riffem.

Jak powiedzieli, tak zrobili. After The End jest najbardziej popową z dotychczasowych nagrywek ansamblu, co mnie niezmiernie cieszy, i, przynajmniej w teorii, sprawdza się znakomicie. Zgodnie z zapowiedziami – brak tutaj dłuższych utworów, poza jednym fragmentem, który też należy do rzeczy raczej łatwo przyswajalnych. W zamian dostajemy średnio 4-minutowe, zwarte kawałki – co dla Merchandise wcale nie bywało regułą – w których nacisk położony został na melodie. Nie ma już zabawy w Can czy inspiracji quasi-ambientowych, zaprezentowanych u schyłku Total Nite. I wszystko byłoby fajnie – gdyby mityczny songwriting momentami nie kulał tak bardzo.

Nigdy nie przepadałem za stosowanym przez zespół zabiegiem traktowania pierwszego numeru jako wprowadzenia – potwierdza to "Corridor", który jest tutaj zupełnie zbędny – nie dzieje się w nim nic. "Enemy" próbuje odbić się od dna i to nawet, przez chwilę, się udaje, ale i tak niewiele pamiętam z tego utworu, a odtwarzałem go wielokrotnie – powaga. "True Monument" to pierwszy z przyzwoitych momentów. Utwór rozpoczyna się prostym bitem zapodanym przez bębniarza (tak, pierwszy raz nagrali "żywe bębny"), by za chwilę zostać skontrowanym bardzo dobrym gitarowym lejtmotywem – może nie na miarę tego z "Anxiety's Door", ale nie można wymagać zbyt wiele. Całkiem podoba mi się też melodia mostka i maniera Coxa-bossa. Kolejny na płycie "Green Lady" atakuje zgrabnym syntezatorowym motywem, który powraca na przestrzeni całego utworu, zgrabnie przeplatając się z wokalem Carsona – z którym z kolei dialog prowadzi, prawdopodobnie, jego własna gitara, powtarzając za nim te same frazy – co nie wypada już tak przekonująco. Na koniec rekompensuje to zagrywka Vassalottiego, przypominająca, że bardzo mocno czerpali z shoegaze'u, budząc trochę skojarzenia z Ride.

Środkowa część albumu jest najmocniejsza. Carson jeszcze żali się w "Life Outside The Mirror", ale później mamy już zajebisty "Telephone" i "Little Killer" – wreszcie kawałki, które z czystym sumieniem można zapętlać. Pierwszy wita nas charakterystyczną basową linią, która, wraz z szesnastkami wybijanymi przez hi-hat oraz jednostajną stopą, stanowi bazę utworu. Sekcja ładnie wchodzi w interakcje z gitarą Dave'a, jednak o prawdziwej sile kawałka decyduje dużej klasy hook w refrenie, którego nie powstydziliby się, sam nie wiem, jacyś The New Pornographers. Z kolei ”Little Killer” przywodzi na myśl The Smiths, nie tylko ze względu na skojarzenia z bitem i gitarą rodem z "The Headmaster Ritual", ale także manierę Coxa – bardzo blisko mu tutaj do sposobu interpretacji Moza. Rozpierdol sieje też chorus, prawdopodobnie jeszcze lepszy niż ten w "Telephone".

Na ostatnią część albumu składają się trzy mid-tempowe utwory, w których dużo jest płaczu, żalenia się na świat oraz zamkniętych oczu. Z tego balladowego tercetu wyróżnia się przepełnione dramaturgią nagranie tytułowe, głównie z uwagi na to, że posiada najsolidniejsze motywy, ale też dlatego, że jest po prostu przejmujące. Carson okazuje się tutaj prawdziwym mistrzem interpretacji – umiejętnie buduje swoim timbre dramaturgię, której kulminacja następuje wraz z wejściem przeszywającego falsetu. Zespół nie popada przy tym w autoparodię, co jest przecież dosyć trudną sztuką, dla wielu – nieosiągalną.

Przyznam, że mam mały problem z After The End – pomimo tego, że album pełen jest ewidentnych wad, chce mi się do niego wracać, i za każdym razem przymykam oko na słabsze fragmenty. Korzystając ze skojarzenia, wypływającego ze zbieżności nazwisk Carsona i innego słynnego rockowego lidera, mogę stwierdzić, że nowy album to dla Merchandise ich swoiste Microcastle. Postawienie na bardziej przystępny charakter kompozycji, kosztem wysublimowanego brzmienia. nie wychodzi załodze z Tampy jakoś szczególnie na dobre, ale gdyby okroić zestaw do rozmiarów EP-ki, nota byłaby zdecydowanie wyższa. Ostatecznie uważam, że warto dać temu materiałowi szansę, bo koniec końców – to przyzwoita płyta.


Marek Lewandowski    
17 września 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie