RECENZJE

Menomena
Friend And Foe

2007, Barsuk 6.3

Schemat to muzyka. Przy czym zamieniłem słowa tylko żebyście czytali dalej. Weźmy na przykład stosunek między pierwszymi a drugimi płytami wszystkich zespołów, które nagrały co najmniej dobry debiut. 971 z tysiąca followerów tychże jest powtarzaniem się, ledwie garstka będzie kontynuowaniem marszu na dobrej drodze. Albo szerzej zakrojony przykład: zdecydowana większość muzyki (przeszłej i obecnej) jest niezajebista. Słaba to chyba za dużo powiedziane, stawiałbym na królowanie przeciętniactwa. W każdym razie jeśli robisz muzykę to najprawdopodobniej jest ona do dupy, nudna, zerżnięta, w najlepszym razie "spoko". Tako rzecze schemat. Jeśli już komuś uda się z niego wyrwać debiutem, to patrz schemat wyżej, co się z nim – najczęściej – dzieje dalej. Jak schemat bierze go za bary albo za rączkę i prowadzi. "Chodź ze mną". Ton tej recenzji to też schemat. Ba, Zakrocki, pozostający generalnie poza schematem, pisząc, porusza się liniami wyznaczonymi przez sobie co prawda tylko znanymi, ale jednak – schematami. Schemat tu, schemat tam. "Na obiad dziś jest schemat". Czy schemat da się zdekonstruować? Tak, teraz na przykład powtarzaniem wyprałem go na chwilę ze znaczenia. Jeślibym jednak kontynuował, wiecie co powstanie, co mnie zaprosi do siebie i przytuli.

A jak się ma słowo na "s", wszystkie słowa na "m", lewa strony literki "m", a Menomena? Ucieczka ich trwała przyzwoicie długo. I nie była kaskaderką, a raczej profesorską robotą, władaniem myślą zza księgi, ale już nie zza biurka. Debiut – coś sporo więcej niż przypadkowe oszukanie schematu, a coś sporo mniej niż wizjonerstwo. Wspomagali się w walce niesamowitym wydaniem krążka (najlepsze jakie widziałem ever), dobrym klipem (może było ich więcej, widziałem jeden, ten z uciekającym potworem). No, byli cool. Potem Under An Hour, któremu ze względu na totalnie niepiosenkowy charakter trudno przyznać atrybut regularnego followera I Am The Fun Blame Monster!. Kolejny punkt na szlaku to singiel zapowiadający Friend And Foe. I ten trzyminutowy skrawek to ostatnie jak dotąd pogromienie przez tercet z Oregonu MR schematu. Nie mógł on tu jeszcze nie schylić karku przed intrygującą mgiełką, otaczającą "Wet And Rusting", nie mógł niechętnie nie odwrócić wzroku od tej zwariowanej i pełnej sprytu konstrukcji, w której pomimo iż dzieje się od licha, wszystko olśniewająco płynnie się w siebie przeistacza. Ale opisując w playliście ten numer we wrześniu zeszłego roku, stwierdziłem (cytowanie samego siebie jest głupie, sorewicz) – "generalnie będzie to highlight nadchodzącego albumu, nie róbmy sobie nadziei na inne opcje, plis." Kto mnie posłuchał, wygrał, kto mnie nie posłuchał (a sam siebie nie posłuchałem), jest zawiedziony.

Niektóre numery Friend And Foe nie odstają od singla tak mocno, są natomiast częścią całości, która jako taka znajduje się już po drugiej stronie bakłażana. Tej mniej inspirującej. Prostej odpowiedzi dlaczego – nie ma. Średnio podoba mi się przybranie na agresji, przejawiające się nawet w brzmieniu. To już nie są tak rozmarzone numery, rozmach Menomeny poszedł w stronę wojaczki. Co ciekawe, jeśli trafi się wśród burzy mórz melancholijny pierwiastek, to zazwyczaj to on jest sednem piosenki, na które warto czekać (patrz "The Pelican"). Tym samym albo nie tym samym, nie wiem, trio sporo zbliżyło się do tego wszystkiego, co nazywa się dziś "indie". Z eksperymentalnych obrzeży gatunku przenieśli się dobre parę naście kilometrów bliżej City. I to chyba najbardziej sensowny zarzut. Bo przeprowadzka zepchnęła zespół w miejsce bardzo dobrze oznaczone na mapie, gdzie na pewno nie pływają nieznane stwory, i gdzie wszystkie ryby człowieka już widziały. Spowszedniała Friend And Foe nie jest płytą zagadki, najwyżej nią bywa. Jak w dostojnie spiętrzającym się "Rotten Hell" na przykład. Albo jak w silnie ewokującym późne Mercury Rev "My My", numerze zaskakująco przestrzennym, niby leniwym, niby żałobnym, a na pewno więcej niż tylko sprawnie poukładanym ze skrawków. Zaraz zaraz, tego miejsca nie ma na mapie...

I tak przewijają się dalej loopy perkusji, saksofony, klawiszowe drobiny. To jednak niczego nie gwarantuje – "Air Aid" to z kolei trafny przykład jak można pieczołowicie i z masą pomysłów nagrać nudy. Wspaniałe! Nudy. Przewijanie się właśnie tego obrazka powoduje, że kalejdoskop tym razem nie zachwyca. Pomimo wyraźnych wysiłków zespołu tracków zmierzających nie wiadomo dokąd jest więcej. I choć porażka Menomeny należy do najmniejszych z możliwych, w skali ogólnej jest nawet skromnym zwycięstwem, to zdecydowanie zbyt mało argumentów broni myśli, by do Friend And Foe jeszcze kiedyś powrócić. A na pewno nie w całości. Dzięki ci, schemat.

Jędrzej Michalak    
9 kwietnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie