RECENZJE

Meg
Maverick

2010, Universal 7.0

"Pewnego razu kanczyl, czyli "mysi jelonek", dostrzegł na drugim brzegu rzeki piękny zagajnik z drzew, na których było pełno słodkich owoców mango. Och, jakbym sobie dziś podjadł – pomyślał." To przedmowa do tego, co robi Meg ze mną i może zrobi z Wami, miłe koty. Maverick jest czwartą płytą w jej kompleksowym dorobku, której wymuskaną produkcją zajął się Yasutaka Nakata, człowiek z bazy "zacznij dziś, reszta nie ucieknie". Współpraca trwa już trzy lata, począwszy od singlowej wiśni: "Amai Zeitaku". Alians jest niezmiennie mocarny, mając jednocześnie rys dokarmionego bobasa o cudownie pyknicznej budowie ciała.

Tytułowa Meg spoziera, fika, raczy kuksańcem, a nade wszystko patronuje sama sobie lirycznie, co fajnym motywem jest. Ogólnie mamy do czynienia, rozbieżnie z Perfumami, z urokliwą, niezunifikowaną postacią sceniczną, która, dodatkowo przykłada paluchy do oprawy wizualnej swojej kreacji artystycznej. Bo jak donoszą, sama projektuje swoje stroje, w którejś ze swoich odsłon jest właścicielką linii modowej Carolina Glaser. Występy Meg z aspektem wizji są destylowaną przyjemnostką, wsiąkającą gładko przez perforację mojego ciała. Po scenie pałętają się kocury o za dużych główkach, elementem scenerii są mrugające gwiazdki i syfony z brokatowym klejem.

Nie sposób mi przejść, ot tak do sedna płyty, nie wspominając, w ramach działalności Meg o jej najsmakowitszym, w moim odczuciu, kawałku (i wychwyconym, nie znam bowiem całej trzęsącej się w posadach, dyskografii). Ma się – o "Freak" z poprzedniej długogrającej produkcji, z klipem ponad miarę. Jest tak: "na stole słodycze i zastawa, wyśmienicie/ czekałem na to tyle czasu, za to dzisiaj odbiję/ już czuję, że żyję." Piosenka jest typowym anegdociarzem z wciągającymi opowiastkami bez wyraźnej puenty, skunksiarskim Giftpilzem, rozdającym cukierki ufnym pacholętom. Meg śpiewa po angielsku, przez co łatwiej wgrzebać się w warstwę liryczną, ale i tak główny przekaz leci na okrągło z autopilota, zdobiąc mi kopułę linorytem z "hello" i "freaków".

Po tej forsownej, bobslejowej przejażdżce przez neoniasty tunel, do rzeczy, czas na Maverick, z wyglancowanymi Nakatowymi biciochami jak kostkarki do lodu. Płyta ma swoje ultra-wydelikacone momenty, jest ich niewspółmiernie mniej, niż tych, też subtelnych, lecz docierających w żaden sposób niepodprogowo. Wyłapałam kilka momentów: utwór z okładki, jest falującą, spejsową balladą, oprawioną w całości w tekst po japońsku, z wrażliwymi klawiszami w intro i outro, ''NO7B'', trwające całe 0:16 jest, li i jedynie, tylko małym guzełkiem z tchnień i też gołych klawiszy. Fakt, że otwiera płytę rzuca na nią u progu dość przekorne światło, ubierając ją w niewieści, bo nawet nie dziewczęcy, kołnierz z haftem richelieu.

Każdy jeden kawałek, w zasadzie nabija mnie na szpikulec, nie pozostawiając wątpliwości, że jutro rano odsłonię żaluzje, by wpuścić do pokoju trochę światła. "Hanabi" wnioskuje o powinowactwo z Sally Shapiro, z podkładem wirującym jak krąg obfitości, opatrzonym w sylwestrowy stroik. Jest tu typowy dla Sally niezbombiony smutek, kończą się ferie, następnych może nie być. Przez najczulsze na świecie zakończenie szybko rodzi się tęsknota za tym, by wrzucić utwór raz jeszcze, co też czynię w atmosferze przytulnego loopu. Podobnie rzecz ma się z "You", w sensie niewinnej melancholii. Wunderkindem tego rozdania jest dla mnie "Groovy", z tykaczkami futurystycznych zegarów i wokalem małej Megi, jakby po usypiającej dawce, dostarczonych organizmowi węglowodanów. Singlem, nie tylko na papierze, okazuje się być "Secret Adventure", pijące nieco w uszy drobnym autotunem. "Our Space" roztacza animację radosnej wyprawy czerwonego kapturka do babci, z koszem malin i sokiem przecierowym, zamiast wina. Sprawdźcie nieodzownie. To naprawdę dobry kram z rozwiniętą przemysłówką.

Magda Janicka    
17 grudnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie