RECENZJE

McLusky
The Difference Between Me And You Is That I'm Not On Fire

2004, Too Pure 5.0

Ej, przysięgam – Daro może poświadczyć, że to nie żadna ściema wymyślona na potrzeby recenzji. My NAPRAWDĘ mieliśmy w szkole kolesia, który z powodu nadużywania pewnych angielskich wyrażeń wypracował sobie ksywkę Fakszit. Taki pucołowaty niepozorny blondasek w okularach, informatyk zdaje się. Nie było to spowodowane jakimś jego szczególnym moralnym rozwydrzeniem, tylko zwyczajnie bezwarunkową reakcją na co silniejsze bodźce, dostarczane przez różnorakie komunikaty kosmicznych Macintoshy '83 z nashej podstawówki. Któż by wówczas przypuszczał, że piętnaście lat później Rafałek będzie leadował rootsowo hc/punkowej kapeli. Rafał McLusky? Fuck, nieważne.

Jak to było, w skrócie...

1. My Pain And Sadness Is More Sad And Painfull Than Yours (debiut): zajebiste zgrzytliwe gitary nieraz, śmieszne teksty ("fuck you, cuz everyone's a hero"), radocha darcia mordy i fajne pomysły kompozycyjne, ale przydługa płyta ogólnie (bo nierówny poziom).

2. McLusky Do Dallas: przesterowane wiosła, przesterowany bas, przesterowane gary, przesterowany wokal, przesterowany przester i totalna rypanina godna najbardziej ultraortodoksyjnych hardkorowców. Znowu formuły starcza na pół godziny, ale do takiego luzackiego słuchania na wyrywki naprawdę cudownie czadowe granie. Parę powalających motywów.

3. The Difference Between Me And You Is That I'm Not On Fire: jeszcze raz to zapuszczam i zaczynam sobie uświadamiać jak gówniane zajęcie wybrali sobie moi koledzy porcysiaki. No niestety panie Andrzeju, nie za takie granie lubiliśmy pana ekipę. W sumie to nie jest nawet jakieś szczególnie słabe; sęk w tym, że w obecnym momencie sytuacja Maklaskich przedstawia się, jak śpiewał Roger: "I've got a strong urge to fly, but I've got nowhere to fly to". Niby gitarki fajnie szczypią, basik wycina jakieśtam charczące riffy, wszystko jedzie, ale dojmujący brak pomysłów sprawia że na każdą, nawet przeciętną melodię czekamy jak na zbawienie. Cóż jednak z tego, kiedy 3/4 materiału stanowią jakieś tekturowe makiety kompozycji, imitujące dobrą płytę.

Żeby nie być gołosłownym: zassijcie sobie skądśtam "Whitout MSG I Am Nothing" i posłuchajcie co dzieje się na wysokości 1:32. Eee? Jaką funkcję pełni ta gitara w narracji piosenki? Dlaczego zdecydowali się akurat na te nuty? Zero efektu przecież. Puste dźwięki. No niefajne po prostu. Wspianczka po płaskim. Letnia herbata. Intensywnie myślę o niczym. Numer mógłby się nazywać "A Funny Title Ain't Enough". O chlebie możemy zapomnieć. Gwoli (sroli) sprawiedliwości, przyznać trzeba, że znajdziemy na albumie parę fajnych momentów, na przykład dziwną, złowieszczo-kabaretową melodyjkę gitary w "Forget About Him I'm Mint" (fajny numer w ogóle), albo nośny hook wokalu w "Icarus Smicarus", ale parę fajnych momentów to ja miałem w życiu i "wie pan, to o niczym nie świadczy". Zostawiając żarty na boku, tym co lubią hałas polecam Do Dallas. A resztę to już jak kto lubi. Ja debiut lubię, owszem.

Dr (23-03-2005 23:04) dziś na basenie jak się przebieraliśmy coś mówię/krzyczę ko kumpla "... no i rozumiesz,oni, kurwa są kompletnie p o p i e r d o l e n i !" a tam zarem z nami jakieś dzieciaki z podstawówki i jakiś ich master madafaka co się nimi opiekowa mówi "ej, kolego, mógłbyś nieprzeklinać?!", heh, śmieszna sytuacja

Kuba Czubak    
9 maja 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie