RECENZJE

M.Bunio.S
Lo-Fi Symphony

2003, Post_Post 3.9

Michał Bunio Skrok od kilkunastu lat aktywnie wspiera mnogie projekty słynących z artystycznej płodności, żywotnych przedstawicieli kręgów skupionych wkoło trójmiejskiej sceny niezależnej. Z początku gitarzysta, dalej basista, post-rockowiec, "napierdalator," jak sam mówi "z wolna otwierał się" na stylistykę hip-hop, electro, micro, synth, dub, minimal etc., w tym samym czasie stanowiąc o sile Ludzi oraz współtworząc kolektyw Pracownia Ludzie Gdańsk. Wreszcie, za namową słynnego Tytusa (szef Teeto), w 2001 krążkiem Perz spróbował sił solo. Debiut, w którym widziano rasowego przedstawiciela nie rozpieszczanego w Polandzie abstract hip-hopu, z gracją wpasował się w formułę lejbela. Przypomnijmy, że w tym samym czasie brylował tam Noon z Bleak Output.

Mimo całej sympatii do "takiego" (znaczy ambitnego) grania, należy zaznaczyć, że Perz, choć niebanalna i klimatyczna, nie była pozbawiona niedociągnięć. Płytka najlepiej sprawdza się jako niezobowiązujący podkład do popołudniowej sesji z lekturą, jednak gdy poświęcić jej pełnię uwagi, po chwili staje się zwyczajnie nudna. Interesujące motywy miast oblegać nasze uszęta pojawiają się zbyt rzadko, co pociąga za sobą momentami solidnie irytujące przeeeeeeeeeeeeeeeciąganie jednego i tego samego hooka ("Leśnie Raz", "42"). Na szczęście minusy przegrywają z plusami ("Uannie 1", "Ranna Anuher"), wśród których prym wiedzie banalne "jak miło posłuchać polskich bitów samplowanych przez kolesia na poziomie".

Po wydanym rok później Historie + R ostatnio Bunio postanowił podreperować własne relacje z micro-house'owymi kilkami tudzież plamami syntezatorów kosztem wcześniejszego upodobania do żywszych tematów ze wspomnianej szufladki abstract hip-hopu. Mamy zatem Lo-Fi Symphony. Rozmytą, "unfocused", nużącą wędrówkę drogą prowadzącą zupełnie nie wiadomo gdzie. Słabsze dźwiękowe pejzaże przeplatane są kawałkami podlanymi beatem a la ten z czasów debiutu ("From Sopot To Sopot Surround" czy "Unknown Lo-Fi"), co daje utęsknione orzeźwienie i nie pozwala albumowi utonąć w odmętach przeciętniactwa (mówię o skali open, bo u nas takie płyty gwarantują miejsce w ścisłej czołówce). W "Ji? Lololinki!!!" Bunio pokazuje, że choć nie jest Jelinkiem, to swoje potrafi, by zakończyć przesadnie oszczędnym "Sopot Callin", wzywającym co najwyżej w objęcia Morfeusza.

Nie powaleni klasą Lo-Fi Symphony czytając info wydawcy mogą wszakże srodze się zasępić. Bo skoro: "Lo-Fi Symphony to kolaż dźwięków niskiej jakości uzyskanych z przypadkowych źródeł wytwarzających dźwięk akceptowalnych przez ucho ludzkie oraz dźwięków wykraczających poza percepcje. Jest to niejako pranie brudnej muzyki przez mózgi słuchaczy w celu jej oczyszczenia", dla przykładu mój mózg wyekstrahował niezbyt imponującą dozę artyzmu, to może coś nie tak z moimi sitkami. Może, ja w każdym razie preferuję wersję, w której wina spada na przesiewaną materię.

Jacek Kinowski    
7 maja 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie