RECENZJE
Maxwell

Maxwell
blackSUMMERS'night

2016, Columbia 7.0

Maxwell, tak jak na każdego porządnego neo–soulowca przystało, nie śpieszy się z wydawaniem płyt. W 2009 roku na półkach sklepowych pojawiła się długo wyczekiwana pierwsza część trylogii BLACKsummers'night. Na część drugą, przyszło czekać aż 7 okrążeń ziemi wokół słońca. Prace opóźniły liczne podróże autora, ból po stracie bliskiego przyjaciela, oraz ogólna chęć życia poza show–biznesem. Maxwell jest wyznawcą teorii, że muzycy są najbardziej autentyczni w dziewiczym czasie pracy nad pierwszym wydawnictwem, a jednym z powodów jego muzycznej stagnacji było dążenie do pewnego resetu i osiągnięcie namiastki stanu z 1995 roku, kiedy pracował nad Maxwell's Urban Hang Suite. Teraz wraca jako upragniony "notoryczny debiutant". Mainstream jednak nigdy nie zapomniał o laureacie nagrody Grammy, na co dowodem są liczne wywiady, w których dziennikarze już dziś pytają o przyszłość, czyli płytę zamykającą całą trylogię. Odpowiedź na dziś: nie wiadomo kiedy powstanie, a co więcej – nie ma nawet pewności, czy w międzyczasie artysta nie wyda czegoś zupełnie innego?

Póki co, cieszę się tym co nowojorski wrażliwiec dał nam w tym roku. Gdyby sieć sklepów sprzedająca meble szukała soundtracku do działu z ogromnymi łożami królewskimi, do testów "Askvolli", czy "Leirvików, zachęcam do sięgnięcia po Maxwella. Być może nawet już mają go na playliście, bo blackSUMMERS'night to przecież to samo muzyczne uniesienie, w którym autor wisi już od lat 90’. Zmieniają się natomiast adresatki piosenek. Gerald Rivera jest 43–letnim kawalerem, ale daleko mu do kościelnego z mojej parafii – w tekstach panuje miłosna euforia, czuć, że gdy idzie ulicami Brooklynu, kobiety w promieniu kilku przecznic szaleją odurzone feromonami.

Płytę otwiera "All The Ways Love Can Feel" i od razu zawiesza poprzeczkę wysoko, dzięki czemu nie musimy obawiać się, że w trakcie 46–minutowego rejsu po tunelu miłości, zdarzy się nam przywalić w nią czołem i zepsuć cały nastrój. Jednostajny beat, reszta instrumentów wokół, plus Maxwell, wyrażający chęć zaznania miłości na wszystkie możliwe sposoby. Czy ktoś stawiał, że ten album będzie o czymkolwiek innym? Za to "Lake By The Ocean" to kandydat na laur zwycięstwa w kategorii najlepszego soulowego singla roku. Płyta jest spójna, do czego Maxwell zdążył już przyzwyczaić, ale jeżeli mam wskazać numer najbardziej odbiegający charakterem od reszty, stawiam na trzecią pozycję, czyli po prostu "III". Klawisze brzmiące trochę jak te w "VV Violece" Jessy Lanzy, nie są podobne do niczego innego na blackSUMMERS'night, tak samo jak sekcja dęta której nikt nie zabroniłby grać dla Earth Wind & Fire. Producent Hod David trzyma je w ryzach, co daje ciekawy, minimalistyczny efekt. Outro "Fingers Crossed" to jeden z tych momentów kiedy zapominamy o przedrostku "neo" i totalnie siedzimy w latach 60’ z nagraniami Otisa Reddinga czy Marvina Gaya na uszach. Na płycie tak mocno przesiąkniętej seksem ciężko wskazać największą pościelówę, ale osobiście wybieram "1990x". W specjalnej skali otrzymuje ocenę 0,78 pościelowatości "Let’s Get It On". Warto też zwrócić uwagę na utwór "Hostage", bo to jeden z tych, nad którym prace trwały latami, więc nie mówmy że Maxwell się lenił, tylko patrzmy na niego jak na prawdziwego perfekcjonistę. Kompozycja powstała już w 2012 roku, ale na ostateczny szlif musiała poczekać niemalże do daty wysłania materiału do tłoczni. Najmniej trafia do mnie odtwórcza bluesowa ballada "Lost", ponieważ swoją kompozycyjną banalnością nie pasuje mi do osoby, która obok D’Angelo czy Erykah Badu od mniej więcej 20 lat wyznacza szlaki gatunku.

blackSUMMERS’night to bardzo udany album, ale do prawdziwej wielkości brakuje mu nieco większych innowacji względem poprzednich płyt. Gdzie zaskoczenie? Gdzie strzał w pysk? Te utwory mają swoją niepodważalną wartość, szczególnie dla oddanych fanów Maxwella, ale w zasadzie wszystko co zagrał już słyszeliśmy. Z drugiej strony nikt nie wymaga odpowiedzi na Black Messiah, która miałaby w podobnym stopniu zamieszać całym muzycznym światem. O ile zwykle mam gdzieś, a przynajmniej stawiam to na dalszym planie, czy artysta, tworzący materiał muzyczny był prawdziwy w tym co zrobił, czy wszystkie dźwięki wyszły prosto z jego duszy, to w przypadku Maxwella wiem że trudno o kogoś bardziej "true", co podnosi wartość tej płyty. Będę do niej wracał, a gdy już się znudzi, na pewno zatęsknię za tymi prinsowskimi falsetami, po czym zacznę śledzić stan prac nad zwieńczeniem całej trylogii, która w dotychczasowej dyskografii Amerykanina będzie się wyróżniać przede wszystkim poruszanymi tematami. Podróże po najbiedniejszych zakątkach ziemi zostawiły na Maxwellu silne piętno, przez co w tekstach możemy spodziewać się większego politycznego zaangażowania. Na razie jednak zachęcam do wygodnego rozłożenia się w łóżku i cieszenia się wspaniałym groovem bijącym z eterycznego materiału na blackSUMMERS'night.

Artur Kasprzycki    
4 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie