RECENZJE

Maximo Park
A Certain Trigger

2005, Warp 7.2

Śmiesznie nawet, że odnosząc się do prawie na pewno jednej z dziesięciu najlepszych płyt tego roku, wpierw muszę was odesłać (już po raz drugi ostatnio, panie kochany) do recenzji redakcyjnego kolegi. Recenzji w dodatku płyty zespołu-fanklubu, znając się choć trochę (a my tu się znamy zajebiście przecież), przy opisie Futureheads nie umkniesz od tego określenia. Zależy mi na ciepłej posadce w Porcys, więc zapewniam solennie, że gdybym tylko mógł, darowałbym sobie gadkę o bardzo silnym podobieństwie między britolami z Maximo Park a britolami z F-Heads i próbował ująć to inaczej, owijając w bawełnę tu i ówdzie, plecąc tędy i owędy. Ale nie da się, fuck, toć A Certain Trigger stanowi jakieś 65 procent self-titled Sunderlandczyków. Mamy prawie do czynienia z debiutem będącym jednocześnie followerem, o co kaman.

I cóż że ze Szwecji? No właśnie niewiele, bo pomimo dokonania powyższej wyrafinowanej analizy, album grzeje mnie wciąż. Te powiedzmy 35 procent, które stanowi o cząstkowej oryginalności Maximo Park, nie zostało ani wyprzedane obcemu kapitałowi, ani nie ma dziadka, który służył w Wehrmachcie. Acha, czyli co, kolesie zaskoczyli krztyną wizjonerstwa? A gdzieżby, skurczybyki dorzucili do zestawu inspiracji zapożyczonego od wiadomo kogo, kilka kolejnych. Tyle w zasadzie. Mamy zatem oblicze sprytnie upopowione; piosenki niby często spuszczane są ze smyczy (się dzieje), poza ciasny obręb przejrzystej konstrukcji (z chwytliwym refrenem na sztandarach) nie wybiegające jednak niemal nigdy. Nie każdy track sieje również brudnych Buzzcocks, zdarza się również choćby pop-rock Police lub garść syntezatorów na modłę (równie oryginalnych w swym fachu) The Killers. Sporo zatem u Maximo Park syntetyczności, w brzmieniu szalejących (aż miło) drumów czy też w może nazbyt starannym wokalu (nie no czasami jest bardzo starannie niestaranny, ale nie dajmy się nabrać).

Nie ma na A Certain Trigger riffu pokroju tego z "Decent Days And Nights". Acz czy ten wspólny motywik basu i wiosła w "Graffiti" jest o wiele słabszy? Tym bardziej, że rzężące gitary wzięte niczym z CKOD sprawiają, że wyśmienity drive piosenki rozpływa się, uhm, w ustach. "I Want To Say" zaczyna się standardową surowicą Wire, by po chwili zaskoczyć wcale trafioną melancholią (Interpolowcy pewnie są kupieni). Ej a ten trick z idealnie wymierzonym podwajaniem gęstości nabić perki, mhmm, albo ledwo zauważalne, delikatne Menomenowskie (huh) pianinko w tle? No właśnie. "Limassol" to z kolei świetne Buzzcocks plus czary-mary-ciach rytmem i kakofonią. Oh-you-got-me-baby melodia wraca jednak, ku uciesze popowiczów, wohoo. Niespodzianką w trackliście jest przedostatni "Acrobat". Zetknięcie wyobcowania Duran Duran ze ścianą dźwięku samobójczego "Let Me In" R.E.M. po tych wszystkich wcześniejszych Hot Hot Heatach i iiiinnych musi zaskakiwać. Kombinują chłopaki, kombinują. To właśnie dzięki temu podwoili poziom kapel podążających za Franzem (podobno na każdego Chińczyka przypada statystycznie 1,2 takiego zespołu), skutecznie nasycając świeżymi treściami piosenki, które ja słyszałem ze sto razy, Zagroba z tysiąc, a Bejnar to pewnie z milion. Co nie zmienia faktu, że do czynienia mamy z piknym pop-punkowym kopem wyzierającym niemal z każdego numeru. Wystarczy nadstawić swój indie-tyłeczek, do czego zachęcam.

Jędrzej Michalak    
13 października 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie