RECENZJE

Max Tundra
Mastered By Guy At The Exchange

2002, Domino 8.6

Some Best Friend You Turned Out To Be to najbardziej obiecujący ze znanych mi debiutów roku 2000. I rzeczywiście, bez dwóch zdań Max Tundra wydaje się być kolesiem nieprzeciętnie utalentowanym, a nie bohaterem jednej płyty. Jego drugi album zaliczam do największych pozytywnych szoków, jakie mnie ostatnimi miesiącami spotkały. Po pierwsze, Tundra nawet nie zabiera się za jakieś powtórki z rozrywki. Robi coś nowego, odnajdując się w zupełnie obcym większości eksperymentalnych elektroników terytorium. Bez obrazy dla artystów z tego kręgu, ale wielu z nich lubi naznaczyć swój rejon, jak to zwykł robić mój pies na spacerach (zanim zachorował na nerki i zdechł biedak), by później brylować w hamaku w znanym sobie rewirze. A zresztą, to przypadłość 95% wykonawców i koniec już z truciem dupy na ten temat. Ważniejsze jest to po drugie. Więc po drugie, Max Tundra zdecydował się nagrać płytę popową i niechcący wyszło mu najbardziej jarające tego typu wydawnictwo AD 2002. Jeszcze niedawno prowadziliśmy wewnątrzredakcyjne (i znowu to przerośnięte ego – redakcja) dyskusje na temat popowej płyty roku: Hot Hot Heat, czy raczej Cool Kids Of Death. I co? Gówienko. Przychodzi Max i rozpieprza całe towarzystwo. Nie narzekamy.

A jak to było, kiedy Porcys jeszcze nie było? Debiutant nagrywa album cudownie eklektyczny, bogaty w odległe od siebie brzmienia, pochłaniający, momentami transowy. Wszystko co możliwe wymieszane w jednym kotle: dziwaczne beaty, flet, ksylofon, tradycyjne partie fortepianu, kiczowate odgłosy komputerowe, dzikie sola saksofonowe, sample, skrecze, syntezatory i można by pewnie wymieniać kolejnych kilka linijek. Całość oczywiście smakowita. Dlatego zestawienie suchych opisów dwóch dotychczasowych albumów Tundry wypadałoby na korzyść pierwszej. Naturalnie to tylko pozory, bo Mastered By Guy At The Exchange to jedna z płyt tego roku, niewiarygodna i powalająca. Przede wszystkim przyznajmy, że Max w midasowy sposób potrafi zamienić żałosne gówno w szczere złoto. Weźmy taka historię: Jest sobie całkiem beznadziejna piosenka r'n'b, na dobrą sprawę nic specjalnie odstającego od czarnoty, jaką widzimy na co dzień w różnych MTV. Osobiście, nienawidzę. A jednak jest sobie ta piosenka, nazywa się "Lights" i otrzymuje nominację do popowego utworu mijającego roku. Ej, nie oszukuję - to jest niby zwykły kawałek r'n'b puszczony na trzy razy szybszych obrotach, ze zniekształconym wokalem. Zwykły kawałek... (Pokój. Zgaszone światła. Widać zgarbioną sylwetkę recenzenta, siedzącego przed komputerem i z niedowierzaniem kiwającego głową. "Zwykły kawałek, zwykły kawałek...".) No dobra, jeszcze ten refren i piorunująca melodia. Może przesadzam, ale dla mnie są to takie małe przełomy, drobne rewolucje.

To samo tyczy się "Acorns". Wszystko kręci się wokół zjechanego bitu w stylu Aaliyah (nie żebym źle mówił o zmarłych), Destiny's Child i im podobnych. I proszę, dzięki jakiemuś nadludzkiemu zmysłowi Jacobsa zamiast spodziewanej nędzy jest rewelacja. Fantastycznie wypada wokal na dwa głosy siostry autora, Becky. W ogóle czy nie rozwala sam pomysł? Przychodzi siostra i wymiata wrażliwym, niewinnym głosem. Przecież większości sióstr nawet nie ma! I trzeci taki przykładzik. Słuchajcie, dziwna sprawa, ale płytka brzmi jak totalny shit. Silne piętno na Mastered odcisnęły dźwięki, sprawiające wrażenie wyczarowanych na starej Amidze, do tego wkradają się brzmienia a la wstęp do "Watcher Of The Skies", ewentualnie elementy Trick Of The Tail Genesis ("Cabasa"). Nie mam nic do zarzucenia pierwszemu na Foxtrot, przypomnę jednak, że "trzeba umyć się pod pachami, ściąć włosy i zdjąć flanelową koszulę", bo od roku '72 minęło sporo czasu. Fakt, że przy użyciu dramatycznie kiczowatych i cheapiastych (amerykanizm) środków udaje się zrobić tak zajebistą płytę podtrzymuje wiarę w pewne humanistyczne wartości. Odcinając się od wszelkiego elektronicznego pieprzenia, Jacobs nagrał płytę zwięzłą, konkretną, jednocześnie eksplodującą tysiącem wspaniałych pomysłów, melodycznie godną najwspanialszych power-popów, a przecież przez swoje bogactwo środków wyrazu dużo bardziej intrygującą.

A tak, bogactwo. Max Tundra nie rezygnuje z łączenia wszystkiego ze wszystkim. Wspomniałem o dominacji prostych brzmień, ale to zaledwie czubek góry lodowej. Obok siebie odnajdujemy jazzowe pianino, keyboardy Casio, prog-rockowe organy, akordeony, trąbki, sample, dyskotekowe beaty, gitary, syntezatory, efekty vocodero-poodobne. Wszystko w zadziwiający sposób udaje się wtłoczyć w ramy popowej piosenki. Często jest to zwykła struktura zwrotka-refren; Some Best Friend to album w całości instrumentalny, a tutaj wokal pojawia się w prawie każdym kawałku (a śpiewają z urzekającą prostodusznością tylko autor i jego siostra). I to jest w tym wszystkim najbardziej niesamowite. W sumie Ben Jacobs to w pewnym sensie fenomen. Sam debiut powalił na kolana wszystkich pasjonujących się zjawiskiem mieszania. Ten człowiek robił to z wyczuciem jak mało kto. Dwa lata później wspiął się jeszcze o kilka szczebelków wyżej. Okazało się, że gość potrafi wyczaić chwytliwą piosenkę za piosenką nie gorzej niż Dan Bejar, nie tracąc przy tym swoich wcześniejszych walorów. Co dalej?

Michał Zagroba    
6 stycznia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie