RECENZJE

Matthew Herbert
One One

2010, Accidental 5.8

JM: Matthew umie być oszczędny i przy tym skuteczny. Początek płyty nawet zaskakująco udanie nawiązuje do Bodily Functions - umiar charakteryzuje te emocje, ale one są, rzekłem. Nie wypada nie znać najnowszego Herberta, i to nawet jeśli z drugiej połowy krążka trudno cokolwiek zapamiętać.

WS: Słyszeliście o tym, że przedostatni kawałek na One One współprodukował Luomo?



FK: Heh, głupkowate żarty i okrągłe zdania – jasne, że nie chciało nam się tej płyty uważniej słuchać, a potem formułować głębszych analiz. Ja na przykład miałem świetny weekend z dala od zgiełku i słuchałem tylko Grechuty. So now I pass the majk to Koniuuuu i zobaczymy, czy uratuje nasze dobre imię.

ŁK: Czyli ja na lodzie ratuję twarz? Zatem... Matthew Herbert nagrał zestaw najbardziej konwencjonalnych piosenek w karierze. Sam zagrał, sam zaśpiewał. Muzyka to w dużej mierze typowy Herbert: elektro-akustyczne narzędzia, ewidentna jazzowość. Zupełnie jednak brak tu jakiegokolwiek elementu taneczności. Jest dziesięć medytacyjnych ballad, które czasami przypominają booksowy folk ("Singapore"), mistyczne nocne disco Kelley'ego Polara ("Palm Springs") czy jedyny album Thief ("Dublin"). Prawdopodobnie to najmniej efektowny i najmniej ciekawy album tego wykonawcy, ale jednak urzekający i, według mnie, bardzo dobry, mimo, że momentami, szczególnie w nie chcącym się skończyć finale "Valencia", nudnawy i dłużący się.

Jędrzej Michalak     Łukasz Konatowicz     Filip Kekusz     Wojciech Sawicki    
19 kwietnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie