RECENZJE

Matthew Dear
Black City

2010, Ghostly 7.1

Irytujące dość jest, kiedy jeden (1) człowiek nagrywa podobną muzykę w ramach kilku różnych projektów. A jeszcze jak bardziej irytujące jest, kiedy jeden (I) człowiek nagrywa rozmaitą muzykę w ramach jednego projektu, a potem taką samą jak część tej rozmaitej w ramach innego projektu i bliźniaczo podobną do drugiej części tego pierwszego projektu w ramach trzeciego. Nie, właściwie niemal każdy ma z tego jakąś korzyść. Rozwiązanie znakomite dla fanatyków, dla kiesy wytwórni także, a wykonawca po kiepskich recenzjach, może dany projekt zbagatelizować jako żartobliwy eksperyment formalny. Ja natomiast chciałbym rozrysować poniżej spójny background, który poboczne projekty Drogiego Mateusza skutecznie rozsadzają.

Zostawmy więc na boku pierdoły typu False i Audion – nawet jeśli jest ich dużo dość. Twórczość Ojca Mateusza pod własnym nazwiskiem podlega zrozumiałym zasadom ewolucji. Zaczynał od klikania w mikrodomku w czasach, w których podsumowanie dekady nie obejmuje, ale jego pierwsze regularne wydawnictwo – Leave Luck To Heaven – niby producenckie, ale intensywnie krzyżowało się z indie-popem. Wystarczyły niespełna trzy kwartały, by na Backstroke przeformatować się w stronę indie-popu podszytego house'em. Do piosenkowości zbliżał się kolejne trzy lata, by na Asa Breed skorzystać z mikrofonu i śmierć hejterom, bo to był dobry strzał – głos Matthew przypomina męską wersję Davida Bowie, a czegoś takiego w popkulturze jeszcze nie było. Asa Breed to świetnie skrojony, wyprodukowany (podobnie jak wszystkie pozostałe Deara), dość radosny piosenkowy album do pląsania. Rzecz co najmniej cwana, choć bez artystycznego błysku. Dlatego zapowiedź rozwinięcia tych pomysłów z dodatkiem mroku – i przy dalszym ulepszaniu patentów – mogła rodzić duże nadzieje.

Jakże wielkie było zaskoczenie, kiedy okazało się, że nadzieje nie były płonne, a Black City wypełnia wszystkie programowe założenia. Oczywiście po miesiącach okaże się, że to za mało na rejony siódemkowe, co więcej – nawet dodawszy wysoką jakość materiału, 7.1 (negocjacje zaczynałem z nieco wyższego pułapu) jest mocno kontrowersyjną zbitką cyfr. Silnie emocjonalny stosunek wynika z tego, że Mateusz rozpina dwudziestopięcioletniej długości estetyczny most pomiędzy Remain In Light i LCD Soundsystem, a to wszak najlepsze płyty ze swoich roczników. Zachowuję więc tylko drobiny zdrowego rozsądku.

Black City, przy wszystkim, co wynika z powyższych skojarzeń, okazuje się krzywym odbiciem Asa Breed. Dominuje hipnotyczny, pogański rytm, który skłania do podrygów i powoduje wyrzuty sumienia jednocześnie. Genialnie Dear nadaje syntezatorem klimat czy to zupełnie ponury, czy to zaledwie lekko sarkastyczny. Na początek dostajemy pięć zupełnych wymiataczy, które zasadniczo nie różnią się od siebie pomysłem, a jedynie BPM, czy produkcją. Same melodie, jeśli w ogóle się trafią, zgarbione przemykają pod ścianą. Najczęściej ich ramy wyznacza Dear, który majka przejmuje w każdym utworze. Nie pozwala sobie jednak na nic więcej poza mruczeniem i zgrabną melorecytacją, zawsze popartą jakąś nakładką. Snuje te tam naturalistyczne seksualne opowieści i, jak to zwykle z artystami bywa, daje znać też o delikatniejszej stronie duszy. No właśnie, skoro już mowa o Nine Inch Nails, to konkretnie jednym utworem Matthew (ależ on podobny do Roberta Gonery) w taką poetykę celuje, ale nie trafia – "You Put A Smell On Me" (lol oraz ble) to zaledwie przeciętny industrial, z wybitnie stadionowym refrenem, który – przy liczbie sprzedanych do tej pory przez Deara płyt – do niczego mu się nie przyda, a samo Black City dewastuje w połowie. Ale pomijając tę jedną wpadkę i rozczulający fortepianowy zamykacz a la "Great Release" od Murphy'ego, całość jest spójna, świadoma i cholernie trafiona. Szkoda tylko, że to całe Black City jest zbyt zwyczajne i mało widowiskowe, więc list czegokolwiek nam nie zawojuje.

Filip Kekusz    
26 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja