RECENZJE

Matmos
Ultimate Care II

2016, Thrill Jockey 6.3

Początek obecnego milenium był dla duetu z Baltimore czasem najbardziej płodnym. Okresem, w którym folwarczno-pańszczyźniany charakter współpracy z Islandką Björk zaowocował jedynym w swoim rodzaju sound designem święcącej ogólnoświatowy sukces płyty Vespertine, a wydana trzy lata później Medúlla, również dzięki programmingowi Schmidta oraz Daniela, poszła o krok dalej i gdzieś na peryferiach artystycznego popu z namaszczeniem polerowała spetryfikowaną elektronikę spod znaku minorowego intelligent dance music zmarłego dwa lata temu Marka Bella z LFO. Jakby tego było mało, Matmos regularnie dopisywali na swoje konto nietuzinkowe pozycje z pogranicza szczytowych osiągnięć brytyjskiej i niemieckiej eksperymentalnej muzyki elektronowej końca dwudziestego wieku oraz amerykańskiej muzyki konkretnej. W swoim ucyfrowionym musique concrète bawili się we współczesne hardware'owe Faust czy Can, przemycali taneczny vibe wyspiarskiego post-WARPu, aż wreszcie podjęli próbę stworzenia wycinanki w całości skonstruowanej z dźwięków organicznych. I tak w roku 2001 soniczna sieć neuronowa zbudowana w stu procentach z odgłosów towarzyszących zabiegom chirurgicznym, A Chance To Cut Is A Chance To Cure, zamknęła pewien "odtwórczy" etap w ich dyskografii, jednocześnie rzucając zespół na głębokie wody laboratoryjnych, outsider'owych piwnicznych kolaży. Rozochocony środowiskowym tryumfem "prekursorskiego" materiału duet przyobiecał sobie, że każda kolejna płyta będzie zorientowana na konkretne zagadnienie i jednocześnie silnie konceptualna. Takim oto sposobem, po kilku projektach łączonych, synthowych balonikach oraz niedefiniowalnym ze względu na instrumentarium The Civil War, stoimy przed pracującą na pełnych obrotach pralką marki Whirlpool.

Ultimate Care II stara się przekonać słuchacza, że rzeczy robią rzeczy i tak naprawdę można wszystko. Że przedmiot utożsamiany jedynie z najbardziej efektywnym narzędziem służącym współczesności do przestrzegania elementarnych zasad higieny może przestać być tylko błahym wielościanem foremnym i na skutek szeregu modyfikacji zamienić się w biochemiczną orkiestrę. Wszystko dzięki wizji Matmos, którzy raz jeszcze rozłożyli cały ten laundry soundscape na elementy pierwsze, by wydobyć z niego bukiet najróżniejszej maści sampli. Następnie z rzeczonych maszyneryjnych passusów poskładali (i nazwali na cześć modelu będącego "muzą" artystów) pełnoprawną, czterdziestominutową kompozycję – suitę o praniu tkanin. Ale nie beznamiętny i nieskomplikowany kolaż, a różnorodny gatunkowo utwór, który doskonale oddaje to, w jakim punkcie historii obecnie się znajdujemy - w epoce, w której pralki posiadają co najmniej dziesięć cykli prania, możliwość dostosowywania prędkości wirowania oraz spersonalizowany system końcowego płukania i suszenia. Tak więc Ultimate Care II potrafi zaskoczyć industrialnym techno, chwilę później zatopić je w buksującym wodnym field recordings, by w trzecim segmencie tytułowego kawałka zabawić się glitchem w podręcznikowego Alvę Noto czy Franka Bretschneidera z raster-noton występującego tu w asyście idm-owych, math-elektronicznych backgroundowych plam. Chwilami usłyszeć można nawet akademicki sznyt Ryoji Ikedy nieśmiało przemycającego autorski, laboratoryjny microsound oraz najmniej elektryzujący na świecie drum and bass. Oprócz tego nad całym nagraniem wisi wiecznie obecny w dyskografii Matmos cień ciepłego proto-glitch hopu, którego w rodzinnym San Francisco amerykanie musieli się z pewnością w swoim życiu trochę nasłuchać. Wszystko to w zaskakujący sposób składa się na bardzo płynną, wyważoną i precyzyjną płytę pozostającą w gruncie rzeczy dziełem stonowanym, niewychodzących przed szereg i ostrożnie badającym reakcje słuchacza na zachodzące jednocześnie na kilku płaszczyznach rytmiczne zmiany. Dlaczego więc mimo nienagannego warsztatu muzyków, ich najświeższy projekt pozostawia mnie dalekiego od zachwytu?

Stało się tak dlatego, iż ten dada-turntablizm, gdzie gramofonem jest pralka, mimo mnogości środków wykorzystanych do uzyskania efektu końcowego, jako całość (z racji wspomnianej już asekuracyjności) potrafi być nużącym. Zupełnie jak sama czynność prania. Sadzę, że Matmos to na swój sposób wizjonerzy, ale niekoniecznie stricte muzyczni. Ich dotychczasowy dorobek najchętniej zobaczyłbym w zupełnie innej odsłonie – jako złożony projekt interdyscyplinarny dwóch wybitnych obserwatorów mający swój wernisaż w manhattańskim MoMA, czyli miejscu, gdzie za nic w świecie nie trafi japoński eskapistyczny sound art, ale popkulturowa analiza kondycji psychicznej klasycznego everymana udźwiękowiona przez Schmidta oraz Daniela już tak.

Witold Tyczka    
25 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy