RECENZJE

Mastodon
The Hunter

2011, Reprise 7.0

Darzbór! Słownik Gwary Łowieckiej Stanisława Hoppe opisała niegdyś Szymborska jako kompendium utajonej rozpusty wymyślonej w ”chaszczach przy bigosie”. Z tym daniem natomiast wiąże się reguła - im więcej, tym lepiej albo dobrze wymieszaj. A, jako że za wywar służą środki wywołujące uśmiech i wzmacniające krew, można śmiało stwierdzić: ten byk o wydatnych grandlach i wyczemchanym wieńcu to nadal na rykowisku najokazalszy basista prezentujący nam z wdziękiem róże, a nie kwiat.

A przecież w kształcie tego ssaka wiele się zmieniło, co można przypomnieć, choć właściwy spór w kwestii chyba już dawno za nami. W 2003 roku Troy Sanders opowiadał o swojej miłości do Neurosis i o przeżyciu jakim jest dla niego pierwsza wspólna trasa. Dało się to słyszeć w ciężkim jak diabeł Remission, świadczy o tym także udział Scotta Kelly w każdym następnym przedsięwzięciu grupy. Na warsztat wzięli najpierw „siedmiusetstronicową alegoryczną powieść o przemyśle wielorybniczym”, pełną morskich bitew, bestii i piratów o drewnianej nodze. Później zajawili ludową demonologią i kryptozoologią wydartą z katalogu istot zmyślonych, którą DiS określił jako ”Tolkeinesque” [sic], choć bliżej jej przecież do Slayera i Howarda. Dwa lata temu udzielił im się natomiast astralny prog, w którym niedźwiedzie polarne miały uśmiech Rasputina, a akcja toczyła się w wirującej śpiączce. To właśnie wpływy tego snu z drogi mlecznej zaprowadziły ich teraz wprost w gwiazdozbiór Oriona, który, jak wiadomo, był całkiem niezłym myśliwym, zanim zginął w walce z olbrzymim skorpionem o ruchliwym spiżowym żądle. Jednak w przeciwieństwie do starszego kolegi po fachu muzycy Mastodon to prawdziwi coolhunterzy, którzy nie walczą by zabić, lecz nieustannie zabijają aby bawić. Osiem lat temu grywali u boku Alabama Thunderpussy, teraz ich przyjaźnią szczyci się Metallica. Wtedy Brann Dailor ze smutkiem twierdził, ze metal to twardy orzech do zgryzienia w porównaniu z dającym twardy pieniądz rapem Eminema, dziś ich płytę produkuje Mike Elizondo, a chłopaki to prawdziwe gwiazdy, które z zapomnianym białym chłystkiem łączy jedynie słowo: Relapse.

Kiedy w ten sposób zarzuciliśmy pierwsze sieci i wstępne łowy za nami, czas na dyplomatykę. Na The Hunter chłopcy śladem Hemingwaya postanowili potraktować polowanie jako szczęście, trafiając dziełem pełnym kolejnych pokręconych wizji. Nie jest to wcale zapis męczących majaków z położonego wysoko w górach schronu, w którym Saddam Husajn chrapie, udając głosy niedźwiedzi i górskich świń, lecz raczej wspomnienie kiplingowskich ”dni pomyślnych łowów i krzepiącego snu”. To muzyka osadzona głęboko w awanturniczo-przygodowej duszy, kalkująca równie często i z podobnym wdziękiem, co filmy J. J. Abramsa. Gdzieś w tle, podobnie jak na Crack The Skye, kładzie się cieniem tematyka mocno nierozrywkowa – tytułowym łowcą jest zmarły na polowaniu brat Brenta Hindsa, lecz hołd, który oddaje mu zespół z pewnością nie jest typowym trenem.

Album wypełnia space-operowy rozmach, unoszący na orbitach wokalnych, które nigdy dotąd nie odgrywały w twórczości (tych nieskrycie przecież fałszujących) muzyków tak ważnej roli. Progresywne wycieczki zostały, przynajmniej czasowo, ograniczone, lecz Pink Floyd i Led Zeppelin wciąż odbijają tryskające światła ”Stargasmów”. Jest też parę mgławicowych wypełniaczy. Na ”Blasterdoid”, przykładowo, grupa niczym gwiezdne szczenię z nieprawego łoża próbuje podszyć się pod Torche, w czym nie do końca jej do twarzy. Natomiast kompozycja Dailora: ”Creature Lives” oraz wygrywający tytułem z pozostałymi ”Octopus Has No Friends”, każą z uśmiechem krzyknać: ależ to pojebane! W pierwszym genialnie debilny tekst poprzedzony został klasycznie mefistofelesowym śmiechem, a podobnie tryumfalny wokal został w drugim dodatkowo ozdobiony plątaniną mikro-gitarowych macek, upodobniając podkład do olbrzymiego elektrycznego węgorza złapanego w jeziorze Patos na kabel od starego ”jamnika”.

Josh Homme byłby dumny z tego krążka. ”Dry Bone Valley”, ”Thickening” czy singlowy ”Curl Of The Burl” to kunszt jego szkoły. W tym ostatnim, jak wyjaśnił później Sanders w audycji radia Banana101.5Rocks, opowiedziane zostały zajmujące dzieje zbieraczy czeczoty zwanej też ptasim oczkiem (tytułowy ”burl”), którzy całymi tygodniami błądzili po lasach uzbrojeni w piły, szukając drzewnych obrzęków. Przypomniało mi to równie dziwną historię pijących Jamaica Ginger (tytułowy ”Jake”), którą Baroness odświeżyli w piosence ”Jake Leg”, traktującej o ludziach, którzy, uraczywszy się aptekarskim świństwem w czasach Wielkiego Kryzysu, tracili następnie nogi oraz ręce. Sądząc po teledysku, spotkanie z czeczotnym drwalem skutkowałoby czymś podobnym. Jego obłęd spowodowany wiórkami trocin i psychocibiliną skończył się przemianą w Wyrwidęba i spotkaniem z czterema blond dziwożonami, które uśmierciły go płynnym ogniem swoich sutków. Ma to sens? Nie. Podobnie jak moje uwielbienie dla tego zespołu, które jest wypadkową prenatalnych archetypów i alkoholowych oparów unoszących się z kamieni zagubionej w lesie sauny na kurzej stopce. Za moim oknem przebiegła właśnie po dachu kuna i zaniosła się dzikim chichotem - z nimi nigdy nic nie wiadomo. Czas otrąbić polowanie! A koleżków przestrzec na przyszłość przed losem myśliwca (Parandowski©) Akteona, którego legendę, wnosząc ze wspomnianego video, i tak dobrze znają. Folgując nadmiernie rozbudzonym fantazjom z głową wypełnioną sodówką zamierzył zbyt wysoko, przez co zjadły go własne psy zbyt daleko spuszczone ze smyczy i wymykające się spod wszelkiej kontroli.

Wawrzyn Kowalski    
28 września 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie