RECENZJE

Mastodon
Crack The Skye

2009, Reprise 5.6

Perspektywa recenzji podziałała jak magnes i od paru dni moje myśli nieustannie krążą wokół metalu. Nie chodzi tu tylko o przesłuchiwanie kolejnych wydawnictw, tylko po to, aby błyskać odniesieniami, ale choćby o zadumę nad tym, jak metal wpływał na szeroko pojętą kulturę. No właśnie, czy w ogóle wpływał? Trudno mi znaleźć przykłady jakiejś ewidentnej manifestacji tej stylistyki w kulturze popularnej, w modzie, języku, mediach. Mamy smutną subkulturę, ubraną w czarne koszulki, glany, weltschmerz i naiwność. Tylko czy tę raczej konsoliduje muzyka czy może np. wiek? Wypadałoby spędzić więcej czasu, trochę poczytać, trochę się porozglądać i wtedy ewentualnie przedstawiać jakieś zdumiewające wyniki, błyskotliwe spostrzeżenie, tyle że jak zwykle czas nagli. Opierając się jednak na tak chwiejnych przesłankach, pozwolę sobie stwierdzić, że metal jest pewnym ekstremum.

Pamiętam, gdy kilka lat temu musieliśmy stawić czoła radiowym kolegom, którzy domagali się włączenia metalu do rotacji dziennej. Nasze ówczesne argumenty można by podsumować w sposób kulinarny – otóż metalem się nie zagryza. Przynajmniej trudno mi to sobie wyobrazić. Nie widzę przeszkód, aby hip-hop poprzedzał kawałek rockowy a ten jakiś popowy szlagier. Być może jest to jakieś moje ograniczenie wynikające z siły przyzwyczajeń i pewnego przywyknięcia do stylistyk, ale myślę, że duże znaczenie ma tutaj fakt, że te gatunki dojrzewały we wzajemnym napięciu. Nikogo raczej do A Tribe Called Quest nie zrazi utwór oparty na hicie Reeda – wręcz przeciwnie, myślę że to raczej wzbudza sympatię a czasem szacunek. Przełamywanie granic za pomocą ciężkich riffów wydaje się zadaniem trudniejszym, czasem wręcz karkołomnym. Próby oczywiście były i będą, z obu stron, ale recenzje choćby A Sun That Never Sets pokazują, że nie jest to wdzięczne zadanie.

Metal jakoś naturalnie się izoluje. Być może dlatego przyciąga często tych trochę się izolujących. Jestem daleki od stwierdzenia, że: "metal jest bezmyślną łupanką dla informatyków", bo uznając takie argumenty musiałbym respektować stwierdzenia, że "hip-hop jest bezmyślną łupanką dla dresów", warto jednak zwrócić uwagę, że niewątpliwie poprzez swój ciężar metal dokonuje na sobie "samoostracyzmu". Nadmierna eksploatacja stóp perkusisty oraz strun głosowych wokalisty doprowadza do tego, że tej muzyki nie ma w mediach, nie usłyszycie jej na imprezie, nie puścicie jej sobie w tle w czasie pracowitego popołudnia. Wynika z tego jeszcze druga rzecz – elitaryzm. "Skoro nikt tej muzyki nie promuję, a jej słucham, to chyba znaczy, że jestem lepszy." Wszystko jedno czy będzie to osiedlowy grindcore czy czwarty album Meshuggah – słuchanie ciężkiej muzyki często łączy się z pewną misyjnością, która wydaje się ma zastępować zwyczajną przyjemność, którą można by odczuwać słuchając czegoś "normalniejszego".

Elitaryzm słuchania ekstremów (w ogóle) wynika być może jeszcze z wertykalności poznawania. Eksploruje się tylko/głównie jeden gatunek, poznając wszystkie, nawet plotkarskie, elementy świata, nie tracąc czasu na osiągnięcia artystów związanych z innymi gatunkami (być może stąd tak wysokie ceny biletów na koncerty – jeśli nie pójdziesz tam, to gdzie?). Oczywiście, powyższa kwestia dotyczy też pewnie innych "subkultur", ale to właśnie wśród fanów ciężkiego grania widzę największy sprzeciw w stosunku do "nieoświeconych" zabierających głos w dyskusji. Przy takim założeniu nie powinno dziwić, że zespołu pokroju Mastodon są czasem oskarżane o otwarcie metalowej twierdzy na szersze audytorium. No, powiedzmy, że przy budowie tego przejścia napracowali się już członkowie Neurosis, Helmet czy choćby (dlaczego by nie?) Black Sabbath. Jednak wydaje się, że dopiero z nadejściem Remission, czy Oceanic zaczęły się przy tym moście pojawiać H&My i McDonald'sy. Ktoś bardziej serio może bić na alarm, ale ja się tam cieszę.

Zdecydowanie pojawiło się trochę świeżego powietrza w zatęchłych dziedzińcach gatunku. Twórcze czerpanie z dorobku poprzedników oraz trochę innowacji. Mastodon nie wykorzystał post-rockowych inspiracji przejawiających się w długich, narastających kompozycjach, lecz debiutował albumem zawierającym krótsze i zazwyczaj, na swój sposób, przebojowe utwory. Chwytliwość riffów "March Of The Fire Ants" (pamiętam teledysk na Vivie) czy "Where Strides The Behemoth" zaskakiwała a to, co wyrabiał Brann Dailor mogło wprawiać w zakłopotanie DEP-ów i wszystkich innych też. Którejkolwiek płyty Mastodon nie posłuchać objawi nam się koordynacja totalna połączona z, niedocenianą chyba w tym zawodzie, pomysłowością. Rewelacyjny bębniarz.

Na trzecim albumie chłopaki z Atlanty postanowiły, że nie będą odcinać kuponów, tylko pograją trochę inaczej. No i, jak już pewnie wiecie z recenzji Patryka, rzeczywiście od 2006 roku mamy do czynienia z odrobinę innym Mastodonem. Crack The Skye stanowi zaś dość przewidywalny przystanek na trasie artystycznych wolt i przemian. Od klimatów sludge’owych, (z ciągotami do zjednoczonych klimatów południowych stanów Ameryki Północnej) poprzez heavy/thrash w kierunku, momentami, prog-rockowym.

Oczywiście, nie jest jakoś źle. Nie dostajemy, zahibernowanej na 35 lat, odpowiedzi na ulubioną płytę Branna, ale momentami album niemile zaskakuje, momentami też nudzi. Przede wszystkim nie przekonują mnie te dwa długie kawałki. W "The Last Baron" panowie momentami trochę za bardzo skupiają się na wirtuozerii, więc całość traci odrobinę na spójności, ale czy jest to możliwe przy takiej długości. "The Czar" zbyt długo nudzi mantrą basowego intra, by w okolicach 5 minuty ująć fajnym gitarowym motywem, by potem ponudzić chórkami/mruczankami, by znów uderzyć gdzieś pomiędzy 7 a 8 minutą. Wszystko całkiem fajnie wyprodukowane – jakaś przestrzeń się pojawia, bas słychać i w ogóle, ale nierówne jak polskie drogi. Minsk sobie ostatnio lepiej radził z kilkunastominutowymi utworami, które znowuż nie były nigdy specjalnością naszych bohaterów, więc po co? No tak – koncept albumy, nieszczęsne koncept albumy!

Mieszanymi uczuciami darzę też utwór pod pierwszym indeksem. Z jednej strony nie ogarniam tego, jak Brann może do tego wszystkiego jeszcze śpiewać a z drugiej jego czysty i niezbyt mocny głos zupełnie mi nie pasuje do zasuwających gitar otwieracza. Robi się za to naprawdę super, gdy, przy pierwszym mostku, pojawia się drugi (a w zasadzie pierwszy) wokal. Melodia zawarta w "Oblivion" sprawia, że kawałek jest naprawdę przebojowy a, kłujące elitystów w oczy, porównania z wczesną Metalliką (And Justice For All) były, o dziwo, porównaniami last minute, bo oni idą dalej. Melodie, solóweczki, refreny, ładne wokale – tych, to bym chyba puścił w radiu.

Patrząc dalej na tracklistę, stwierdzam że "Quintessence" jest raczej z tych zasmucająco-przewidywalnych, a tytułowy kawałek z gościnnym udziałem Scotta Kelly’ego przywraca mi wiarę i pozwala bez obaw kroczyć pośród wszechogarniającej jasności. Na chwilę przywołane zostają nawet czasy codziennego odświeżania "Locust Star" na Youtubie. Co do całości, to ostrzegali, że będzie "klasycznie" i – trzeba im przyznać – wykonali swój plan sprawnie. Czasem podrzucą jakąś zadziwiająco dobrą melodię, czasem piekielnie dobry riff, Dailor momentami wciąż nie do objęcia – a jednak pozostaje niedosyt. A może właśnie przesyt? Rasputin, jakieś orientalne wstawki, korzystanie z usług znanego producenta przy założeniu, że nagrywa się album mało przystępny – wydaje mi się, że nie tylko ja się tu trochę pogubiłem. Ale spokojnie, w naszym pięknym języku istnieje słowo-klucz, które może rozwiązać problemy każdego metalowego bandu przeżywającego intelektualne rozterki. Zazwyczaj krzyczy się je po kilku głębszych. Wystarczy, że przyjedziecie do Polski. Taki przyjemny bezokolicznik. Już wiecie?

Jan Błaszczak    
4 maja 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie