RECENZJE

Mastodon
Blood Mountain

2006, Warner Bros. 6.4

Na skromnym dość panteonie najlepszych płyt lat dwa tysiące – dwa tysiące sześć w obrębie gatunku, o którym wiem prawdopodobnie najmniej, czyli szeroko pojętego metalu, znalazł by się bez wątpienia Remission – debiutancki longplay Mastodona z Atlanty. Podobnie jak chwalony już na Porcys Isis, tworzyli kolesie cztery lata temu muzykę na tyle melodyjną i kompozycyjnie świadomą, by zaskarbić sobie uznanie krytyków zazwyczaj-nie-metalowych, a zarazem dostatecznie "ostrą i czadową", by znajomością bandu można było poszpanować w gronie wyznających szatana ziomków z klasy. W porównaniu ze swoimi mocarnymi poprzednikami (w międzyczasie był Leviathan), trzeci regularny krążek formacji, Blood Mountain, jest jednakże albumem łatwiejszym w odbiorze, przyjemniejszą w odsłuchu, i na pewno spodoba się większej ilości amerykańskich indie-kids – bo właśnie wśród tej grupy słuchaczy rozpanoszyła się ostatnio moda na twory Mastodono-podobne (nawiasem mówiąc, postać nastolatków, których ulubione zespoły to Islands i Behemoth). Równocześnie, bliżej tej płytce do patetyczno-Metallicowych klimatów post-trashowych ("Sleeping Giant" na przykład), niż w przypadku czerpiącego garściami z lo-fi metalowego stylu Melvins debiutu. Wychodzi to też Blood Mountain momentami na dobre, bo gdy zastąpić czasem zwięzły i agresywny hardcore chwilą oddechu, dają radę kolesie przykuć uwagę bardziej wyszukanymi i przemyślanymi konstrukcjami, przybliżając się tym samym stylistycznie do wspomnianych już Isis. Reasumując, mimo spadku poziomu w ciągu kilku ostatnich lat, nie słyszałem chyba lepszej od Mastodona płyty metalowej w tym (kończącym się właśnie dzisiaj) roku.

Patryk Mrozek    
29 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie