RECENZJE

Massive Attack
100th Window

2003, Virgin 6.3

Chyba nie ma w tym roku płyty, na którą niecierpliwiej czekałaby większa rzesza ludzi z równie sporymi apetytami. Po stworzeniu takiego albumu, jakim był Mezzanine, możesz spodziewać się największej armii świata pod swoim domowym oknem, nawet jeśli miałaby być to tylko armia nigdy nienasyconych muzycznie fantomów, których fizycznej postaci nie sposób dojrzeć. Miliony osób kochało Massive Attack po Protection, kolejnych odurzyło Mezzanine. Starzy b-boye stali się największą potęgą w kreowaniu tripowych manifestów.

Ja też czekałem. No i jest. Rozczarowanie. To pierwsza myśl, jaka pojawia się, gdy milkną ostatnie takty kończącego "Antistara". Właściwie ta myśl pojawia się już wcześniej, a po osłuchaniu się z płytą na dobre konkluzja jest podobna. To najsłabsza płyta Massive Attack. Gorsza od Protection, ale w żadnym stopniu do samej marki zespołu nie zniechęcająca. Nie, Massive Attack się nie skomercjalizowali. Nie, Massive Attack nie zaczęli odcinać kuponów. Nie, Massive Attack nie zaczęli być przewidywalni. Po prostu Massive Attack nie odkryli nic nowego! I to jest główny powód zawodu.

Wydaje mi się, że lepszym pomysłem byłoby wydanie tego krążka jako autorskiego albumu Roberta "3D" Del Naji, który jest w pełni odpowiedzialny za kształt płyty (okrąg z dziurką w środku). Pomimo udziału kilku wokalistów, brzmi to wszystko bardzo osobiście, tak jak by pomysły pochodziły z jednego tylko źródła, z jednej głowy. Brakuje różnorodności i tej wielowątkowości, które nadawały poprzednim płytom pewnej tripowej rozległości. Nie znajdziemy też tutaj tych pereł w koronie niejednokrotnie decydujących o tym, że to właśnie w tym momencie pragnęliśmy masywnie zaatakować swój odtwarzacz. Utwór tytułowy z Blue Lines, "Karmacoma" z Protection, "Black Milk" z Mezzanine. Ta sekwencja nie będzie kontynuowana. Na 100th Window nie ma utworu na miarę poprzednich klejnotów.

Piosenki są zbyt proste, zbyt jednakowe, zbyt łatwe. Nie ma tutaj żadnych zwrotów akcji, a największym mankamentem całości jest monotonia, która z jednej strony nadaje sentymentalnej senności, ale której ponurowatość rodzi nudę i zabija przygodę. To prawda, ta monochromatyczność rodzi coś co było pewnie zamierzeniem albumu, a mianowicie sprawia, że album płynie. Chcąc jednak rzucić się w jego wir uważajcie, bo możecie sobie złamać kręgosłup. Pod lustrem pozornie kryjącym głębię jest tak naprawdę wiele mielizn! Dubowy geniusz Mezzanine jest tutaj potraktowany w moim odczuciu powierzchownie. Być może to rezultat absencji Mushrooma oraz Daddy'ego G; to może oni dzierżyli klucz do dubowego, negryjskiego feelingu, a może genialność minionych czasów była wynikiem spięć, jakie się pomiędzy nimi dokonywały. Jedno jest pewne: brak dwóch kolegów ze składu jest mimo wszystko odczuwalny w dosyć mocnym stopniu.

Ale ale. "What Your Soul Sings" w wykonaniu Sinead O'Connor jest bardzo piękną piosenką. To jeden z tych kawałków, w którym nie musimy obawiać się mielizn, a po pełnym zanurzeniu odnajdujemy lepszy świat. Podobnie jest w przypadku "Name Taken". I tutaj, po zmysłowych komendach znanego z poprzednich płyt Jamajczyka Horace'a Andy, mozna osiągnąć stan próżniowej lewitacji. Bardzo udana to kompozycja, jedna z niewielu, która sprawiła na mnie wrażenie rozbudzonej z twórczej intuicji, a nie dubowej kalkulacji. Również wcześniejszy "Everywhen" z udziałem tego Jamajczyka pozostawia po sobie oniryczną smugę. Na dobrą sprawę to ciężko doszukać się tutaj utworów słabych, chybionych. Nie jest tak źle jak może się na pierwszy rzut ucha wydawać. Wydaje mi się, że potrzeba tej płycie okrzepnięcia, zapomnienia, wyciszenia medialnego szumu, a wtedy ukaże ona tę swoją łagodną, nieprzemijającą, ale też spłyconą naturę. Spokojnie można wydać jednak tych sześć dych w kiosku, gwarantuję wam, że będzie można do niej wracać po latach. Ale zapewniam was też, że nie odkryjecie tu nic specjalnego.

Miejmy nadzieję, że u Masywnych zostanie zachowany cykl "genialnej nieparzystości" albumów. 100th Window jest tym samym dla Mezzanine, czym Protection było dla Blue Lines. Doniosłość tamtych wydarzeń okazała się zbyt nieprzekraczalna, aby następne płyty mogły cieszyć się szczególnym zainteresowaniem. Oby kolejna konstrukcja rzuciła równie masywny cień.

Krzysztof Zakrocki    
26 lutego 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy