RECENZJE

Mary Onettes
Mary Onettes

2007, Labrador 6.1

Krzysztof Antkowiak, Majka Jeżowska, Fasolki, Pan Tik-Tak, Radio dzieciom o 19:30 przy czarnym Blaupunkcie, Puszek Okruszek, wujek pieszczący zdobyte na jakimś parkingu autografy zespołu Papa Dance, Bajm, rodzice zamęczający moje pięcioletnie uszy piosenkami Bułata Okudżawy, "Właja Właja" Desireless wyśpiewywane przez starszą siostrę na skwerze gdzieś na Retkini, pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem z jej chłopakiem.

Lata osiemdziesiąte pewnej grupy z Jönköping mogły być trochę inne. New Order z dwugłośnikowego kaseciaka, A-ha przywiezione przez tę śliczną starszą kuzynkę Kirsten z Norwegii, układanie przed lustrem w sypialni rodziców – z nieocenioną pomocą cukierniczki i szklanki wody – włosów na Roberta Smitha, rozbrajanie na czynniki pierwsze tekstów Smiths przy użyciu Svensk-Engelsk Ordbok. To dosyć prawdopodobne: słuchając albumu Mary Onettes trudno uwierzyć, że czwórka kolegów ze Szwecji nie jest od zawsze i na wylot przesiąknięta muzyką lat osiemdziesiątych.

Można się kłócić czy fakt, że piosenki przy pierwszym przesłuchaniu wydają się dziwnie znajome, jest wadą czy zaletą danej płyty; podobno bardziej lubimy to, co już znamy, więc głównym zarzutem mogłoby być to, że widoczne inspirowanie się jakimś okresem w muzyce jest zwyczajnym pójściem na łatwiznę. Racja. Jednak w wypadku Mary Onettes to uczucie déjà vu przemawia na korzyść zespołu. Nie mamy do czynienia z niczym nowatorskim, ale do zaprzyjaźnienia się z oczekiwanym sześć lat self-titled Mary Onettes naprawdę nie potrzeba aranżacyjnych fajerwerków. Wystarczają wszędobylskie, przelewające się keyboardy i chórki, odbijająca się echem, niby z pustego pokoju, perkusja, proste uderzanie gitar, wyraźny bas i melancholijny zwielokrotniony wokal. Idealne dźwięki lat osiemdziesiątych na jednej płycie.

Mary Onettes sprawnie bawią się w tworzenie czarujących retropiosenek dla dziewczynek w conversach i niejedna dama się na ich urok złapie: rozedrgane perkusją i keybordami "Slow" rozczula zawołaniem-prośbą "Slowly goes my heart / We should never be apart"; w oszczędnym przez pierwsze czterdzieści sekund "Still" bicie czyjegoś serca aż nie pozwala zasnąć (ileż emocji w tym "Running through my mind" na 1:26), a po rozdzierającym "So please don't say it would be alright" w gitarowym "Henry" już nie można inaczej – trzeba rzucić wszystko i pobiec przytulić tego smutnego śpiewającego pana i pocieszyć jego, i jego gitary, i keyboardy, i chórki. Wszystko będzie alright! Naiwne, ale szczere.

Okej, może Mary Onettes nie zmieniają oblicza współczesnego popu ani nie tworzą epokowego dzieła, ale ich płyta jest jak wata cukrowa – niby cukier, a inny. I, co najważniejsze, nadal słodki.

A swoją drogą to chyba szczęście, że nigdy nie zabrałam się za tworzenie muzyki.

Agata Balcerzak    
7 marca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja