RECENZJE

Mars Volta
Frances The Mute

2005, Universal 1.8

Położyłem kurtkę na tylnym siedzeniu. Wsiadłem do środka i zatrzasnąłem drzwi. Spojrzałem na komórkę żeby sprawdzić godzinę. Była 9:43. Miałem godzinę ze sporym okładem do zajęć, na które lepiej się nie spóźniać. To znaczy teoretycznie można się spóźnić, ale w moim przypadku nie radziłbym. Przez lata olewałem wpisy i teraz, kiedy bardzo ich potrzebuję, narobiłem sobie pokaźnych zaległości. Plus, ostatnio gdy spóźniony wpadłem na salę, gostek zaszydził, że następnym razem mam przynieść kawę. No to dopiero byłaby blaza, co? Zatem czas wziąć głęboki oddech i modlić się, żeby na trasie było w miarę luźno. A, niektórzy z was pewnie zastanawiają się czemu taka nerwówka, skoro dobrze ponad godzinę miałem w zapasie? Myślę, że na taki stan rzeczy złożyły się dwa główne czynniki. Po pierwsze, akurat tak się składa, że od kilku lat zdarzyło mi się mieszkać z dala od "ech miasta", od wielkomiejskiego hałasu – a co gorsza, mieszkam z kompletnie drugiej strony naszej stolycy, niż cel do którego się wybierałem. Po drugie, warunki pogodowe – a co za tym idzie drogowe – niefortunnie pozostawiały tego dnia wiele do życzenia: mróz po opadach, szklanka na nawierzchni, klimaty ostrożnych prób unikania poślizgów raczej, niż szarżowania prędkością. Gdy mieszka się z dala od cywilizacji, tego typu kwestie bardzo rzutują na prędkość transportu do centrum! Czasem od okoliczności atmosferycznych zależy, czy wracam z Marszałkowskiej pół godziny, czy półtorej. Włożyłem kluczyk do stacyjki i zapaliłem silnik. Wycofałem, otworzyłem bramę: rozpoczynał się mój wyścig z czasem. Mistrz kierownicy ucieka, a raczej się śpieszy. Odpaliłem też radyjko, bo w czasach, kiedy stos nieprzesłuchanych dysków rośnie na półce, zazwyczaj miejscem w którym dochodzi do pierwszego odtworzenia jest właśnie mój samochód. Tego dnia wziąłem ze sobą drugą Mars Voltę, licząc, że w perspektywie recki może uda mi się coś wymyślić sensownego podczas jazdy? Wtedy się jeszcze łudziłem; dziś wiem, że obawiam się, że chyba nie mam dużo do powiedzenia o tym albumie. Najchętniej odesłałbym czytelników do recki pierwszej płyty, gdzie wypunktowałem dość precyzyjnie mój stosunek do tego projektu. Pierwszą, jako "prog-nerd", poniekąd momentami lubiłem (3 kawałek ciągle wielki szacun, podobnie pojebane rytmicznie przejścia w 5 czy arpeggia w 6 numerze), lecz odnosiłem wrażenie, że natłok tropów stylistycznych wymykał się kolesiom spod kontroli, nie wspominając o masturbatorskich rozmiarach przedsięwzięcia. Przy okazji sofomora, mogę powtórzyć wszystko to samo, z zastrzeżeniem, iż aspekt masturbacyjny rozrósł się do kolosalnych przestrzeni. Nieważne, w każdym razie zapuściłem Mars Voltę i ruszyłem. Początkowy etap trasy zakładał wyjątkową uwagę, lodowisko przy wyjeździe z uliczki, następnie bardzo łatwy skręt w prawo, lekki łuk w prawo, prosta na której wszakże nie da się ani odrobinę rozpędzić, delikatny zjazd w prawo, tory, redukcja na dwójkę, łuczek w lewo i prosta do skrzyżowania z ulicą wyjazdową, stop, przepuściłem peletonik nadciągający z prawej, kierunkowskaz, ruszam w lewo i od razu tory, te same co kilka sekund wcześniej, bo one zakręcają, spoglądam w obie strony czy przypadkiem nic nie jedzie, lepiej sprawdzić, mimo, że przejazd kolejowy był otwarty, ale nigdy nic nie wiadomo, więc jadę teraz prosto, tu można nieco przyśpieszyć, aczkolwiek za chwilę dojeżdżam do trasy szybkiego ruchu, staję z kierunkowskazem i czekam aż będę mógł wykonać zajebiście łatwy skręt w prawo, wykonuję go, telepię się w koreczku który prowadzi jeszcze z kilometr przede mną, na luzie, bo zaraz ustawiam się do skrętu w lewo, na skróty, dzięki którym można ominąć całe to towarzystwo, skręcam i tu już jest pusto, można rozwinąć normalną w tych warunkach prędkość, choć to nadal żadne sprinty, delikatny łuk w lewo, nareszcie można konsekwentnie jechać, choć niestety, zapeszyłem, bo trafił mi się ciągnik, i w dodatku ciężko go wyprzedzić, bo ten skrót ma dość wąską drogę, często bez pobocza (ocierasz się o domy), a na domiar złego z przodu jadą, a kiedy już nie jadą, to mam bardzo ostry łuk w prawo, gdzie trzeba zwolnić i nie można ciągnika wyprzedzić na zakręcie, a za chwilę równie ostry łuk w lewo i znów w lewo i znów subtelny łuczek w prawo, wszystko obok domostw, wąsko, dojazd do skrętu w prawo, za ciągnikiem wolniutko, bo za parę metrów wyjazd na szerszą trasę, gdzie wszyscy przekraczają przepisy i nie dojeżdżają pod kątem prostym żeby skręcić w lewo, tylko jadą na wprost przez białe linie jak nikogo nie ma, nierzadko nawet bez kierunkowskazu, ale to się na nich pewnego dnia zemści, bo tu często policja stoi, więc nareszcie nareszcie, mam kawałek prostej, z przodu nikt nie jedzie i mogę wyprzedzić ciągnik i przejść z żenadnej prędkości trzydzieści na godzinę do sensowniejszej sześćdziesiąt, czwóreczką, aczkolwiek nie ma się co rozpędzać, bo zaraz zdradliwe zaokrąglenie w lewo, znów w prawo, i za moment rondo podwójne, a tu się zaczyna kawałek prostej i można spokojnie jechać ustaloną prędkością przed siebie, bo to raczej z przeciwnej strony stoją, choć tu też po chwili trasa się zagęszcza i jedzie się wolniej, ale to może dobrze, bo co rozsądniejsi kierowcy nie wariują przy takiej śliskiej nawierzchni i jest w miarę bezpiecznie, sam zresztą nie pruł bym wcale szybciej, i tak przesuwa się grupa samochodów aż po kilku mniej istotnych dla opowieści zakrętach, po światłach, wyjeżdża się na dwupasmową trasę dojeżdżającą do końca skrótu, do głównej przelotowej, wielopasmowej, więc tu się już jedzie, kawałek prosto do świateł, następnie na prawy pas i za moment znów na prawy i wjazd na most po łuku w prawo, tam od razu na prawo, oj jedzie się bez kłopotu, spoglądam na zegarek, nie jest aż tak fatalnie, drugi zjazd w prawo do centrum, pętelka i wyjazd w prawo na Wisłostradę, a Wisłostrada w tym miejscu nie zwykła być zatkana, więc się jedzie, wiadukcik, lekki zjazd w dół w lewo, potem zawinięcie w prawo i dopiero na wysokości zjazdu na Stare Miasto rozpoczyna się korek i tu niestety cenzura nie pozwala mi wyczerpująco oddać wkurwienia, bo tu właśnie najwięcej czasu tracę, minuty upływają, i nic nie można zrobić, minuty są nieubłagane, nie można im przetłumaczyć żeby stały w miejscu, uciekają szybko, ale na szczęście korek się rozładowuje na wysokości tunelu i potem przy zjeździe na Łazienkowską jest już w miarę luźno, potem prostu w kierunku Kubentego, gdzie też są różne atrakcje w rodzaju wiecznie rozkopanej Czerniakowskiej na wysokości Gagarina, ale jakoś da się przejechać, potem superosko łatwy przejazd pod tym relatywnie nowym mostem, prosto znowu i za Sadyba Best Mall w prawo, długo prosto aż do tej wielopasmówki w kierunku Ursynowa, ale od razu zmykam w prawo i pod górę do Dworca Południowego, jak zawsze mówi mój ojciec, i tam znów pełne wkurwienie, można postać nawet siedem minut, zwłaszcza, że jakiś TIR wyjeżdża sobie z pętli na środek pasa i ma wszystko w dupie, kto mu pozwolił o tej porze, powinni wprowadzić zakaz poruszania się TIRów, w ogóle byłem przekonany że taki zakaz już obowiązuje, ale on widocznie niespecjalnie się tym przejmuje, w końcu przejeżdżam na wprost i pierwsze światła w lewo, a potem już prosto, przez światła, uff, czyżbym był już blisko, nie chcę spoglądać na zegarek, skręt w lewo w małą uliczkę i za chwilę w prawo w dojazdową, a tam jak zwykle nie ma miejsc, no ładnie, a było już tak pięknie, ale nie, niesamowite, jest jedno z boku, zmieszczę się na luzie, parkuję, wyłączam silnik, sprawdzam komórkę, jest idealnie 11:00, Mars Volta się kończy, wyłączam i wyciągam radio z kieszeni, przeszło mi przez myśl, żeby mój rating dla tej płyty odpowiadał rozmiarowi silnika mojej Toyotki, na pamiątkę, że tu słuchałem jej po raz pierwszy, to by się nawet zgadzało z tym co o niej sądzę, ale na razie musiałem porzucić tego rodzaju rozważania, zamknąć auto i biegiem podążyć do budynku, bo przy dozie szczęścia, może nie będę musiał kupować tej kawy.

Borys Dejnarowicz    
25 listopada 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja