RECENZJE

Mark Eitzel
Hey Mr Ferryman

2017, Merge 7.3

Jakub Bugdol: Hey Mr Ferryman to efekt współpracy Eitzela z Bernardem Butlerem, który dostarczył kompozycjom mistrza orkiestrowych aranżacji. Ta kolaboracja zrazu przypomniała mi muzyczną CHEMIĘ Yorke'a i Greenwoda na Moon Shaped Pool, ale poza formalnym podobieństwem to jednak nie do końca ten typ neurozy (chociaż co innego sugeruje końcówka "In My Role As Professional Singer And Ham", ale to raczej wyjątek), bo Butler, niegdyś wskrzesiciel glamu w erze brit-popu, jako aranżer nawiązuje raczej do orkiestracji Phila Spectora niż odlotów Messiaena/Pendereckiego. W tym kontekście chciałoby się pociągnąć ciekawy wątek związków barokowego classic-popu lat 60. i glamu, ale wystarczy wrócić sobie do Suede, by zauważyć, że stadionowym refrenom "nie raz, nie dwa" towarzyszyły podniosłe smyki. Rola Butlera sprowadza się jednak najczęściej do delikatnego akcentowania sophisti-folku Eitzela. Muzycznym sednem tego albumu, oprócz balladowego wyrafinowania, są bowiem urocze szczegóły, np. folklor przeszkadzajek "La Llorona" czy glockenspiel w "An Answer", które kontrastują z momentami nieco cięższymi. Niezależnie od roli Butlera, Eitzel jest "songwriterem na własnych prawach" i jego kawałki są wspaniałe nawet jako szkice.

Wszelkie możliwe tropy i inspiracje są skondensowane na Hey Mr Ferryman w sposób nie do końca oczywisty. Kto od razu skuma, że kompozycyjna wrażliwość Eitzela sytuuje się (przynajmniej częściowo) tam, gdzie piosenkowe eksperymenty Paddy'ego McAloona? Opener, jako intrygujące połączenie Prefab Sprout na wysokości Jordan: The Comeback z – porównanie trochę prowokacyjne, ale myślę, że uzasadnione, nie tylko osobą Butlera – glamowymi akcentami (końcowa solówka i podniosły moment od 2:24 mogłyby się zmieścić na dowolnej płycie T. Rex), jest tego najlepszym przykładem. "An Angel's Wing Brushed The Penny Slots" to bossa nova trochę po myśli Bacharacha, ale też odpowiednik "Present Tense", "The Road" również przypomina Radiohead (nie tylko muzycznie: "There's no end to the road" jako "Where the path trails off (...) I don't know where it leads / And I don't really care"? Hehe) zmieszane z bluesawą rozwlekłością, a "Nothing And Everything" wyzyskuje maksimum z folkowej kameralistyki. Eh, ten namechecking, można by tak wymieniać i wymieniać, ale koledzy pewnie wspomną tutaj jeszcze o innych kawałkach. Hey Mr Ferryman jest zbyt rozbudowaną płytą, żeby ogarnąć ją w pełni w jeden wieczór. To niewątpliwy grower, który będzie odkrywać nowe warstwy wraz z każdym kolejnym odsłuchem, ale do tego przyzwyczajony jest każdy koneser twórczości Marka Eitzela.

Wojciech Chełmecki: Sympatykom Marka i jego macierzystej formacji najnowsze dzieło najprędzej skojarzy się z przepiękną, streamingowo wykluczoną Californią oraz po trochu – ze względu na organiczność brzmienia – z pierwszym wydanym pod szyldem majorsa krążkiem American Music Club, Mercury. Początkowo Hey Mr Ferryman miał być albumem nagim, ortodoksyjnie akustycznym, ostatecznie jednak – za sprawą Bernarda Butlera – został drobiazgowo przekuty w studyjną formę. Trzeba natomiast wyraźnie zaznaczyć, że przy całej świetności roboty wykonanej przez byłego gitarzystę Suede, jest to przede wszystkim płyta Eitzela, a cała masa efektów, wyrafinowanych gitarek i sofciarskich aranżacyjnych sztuczek pracuje w służbie jego unikatowej wrażliwości, podkreślając ją, intensyfikując, spełniając jej subtelne fantazje o samej sobie. W pięć lat po dość rozczarowującym Don’t Be A Stranger, autor 60 Watt Silver Lining i The Invisible Man jest w doskonałej formie: wspaniały, melodyczny rozmach "Last Ten Years" i teatralna maniera "La Llorona" sąsiaduje tu z ospałym groovem "The Road" czy "An Angel’s Wing Brushed the Penny Slots" – minimalistyczną, programowaną bossa novą o uzależnionym od hazardu wdowcu, którego nawiedza widmo zmarłej żony.

I mógłbym tak dalej, ale dla mnie muzyka Eitzela wybiega daleko poza łapska takiej suchej analizy. Lider AMC otoczony jest dziś specyficznym rodzajem kultu: mało kto o nim pamięta, ale kto pamięta, ten kocha miłością czystą i wieczną. Całkowicie rozkleja mnie rzucone w "An Answer" zdanie "dancing is the only thing I do right / as long as we keep it nice and slow"; chcę myśleć, że w kontekście całej tej kryminalnie niedocenionej postaci choć trochę je rozumiem – szkopuł w tym, że każdy ma swojego własnego Marka Eitzela. Mówimy w końcu o człowieku namiętności, u którego trudno odróżnić balladę o podszytym przemocą związku od romantycznej kołysanki, i który pomimo wieloletnich zmagań z nałogiem i głęboko poruszającą, permanentną depresją, wciąż bez wtórowania fanfar zadaje więcej pytań niż stawia odpowiedzi. I Hey Mr Ferryman takie właśnie jest: krzepiące w niemocy, wielobiegunowe, wypchane unikającymi jednoznacznych osądów narracjami. W przenikającej grze cieni i światła, w oparach tragikomicznych refleksji o życiu i śmierci, Eitzel prawdopodobnie wymyślił nowy rodzaj melancholii, a nawet jeśli nie, to – jak powiedziałby Piotr Świerczewski – nie ma nikogo, kto rozegrałby tę piłkę lepiej niż on.

Michał Kołaczyk: I był jeszcze Witkacy z Peyotlem, o ile wierze, że się dobrze przy tym bawił, to z czytelnikiem jego tripowych notatek jest proporcjonalnie odwrotnie. Nagła retrospekcja, bo była jeszcze Klaudia, Klaudia bardzo lubiła LSD i wszystkie możliwe chemiczne trzy-cztero-literkowe zbitki. Klaudia godzinami patrzyła w euforii na łazienkowe drzwi, gęsto tłumacząc nam, jak zmieniająca się w jej oczach faktura drewna wpływa na sposób ogarniania przez nią tego, co się dzieje wokół, no wiecie – relacje ludzkie, wojna w Kongo, i to, co czeka nas po tym, jak się komuś przez przypadek zdechnie pod tramwajem. W jej ujęciu te jakieś wizualne kreski, kropki, zagięcia przestrzeni miały stać się iluminacją, życiem w swym najbardziej autentycznym przejawie, jakąś poznawczą arką odłączającą od fałszu symulakrów. Z wyrzutem, ale także z lekką dozą wyższości, i przede wszystkim z takim intensywnym przejęciem, które nawet lubiłem, mówiła, że nigdy tego nie zrozumiemy, tu tkwiła jedna rzecz, z którą mógłbym do czasu się z nią w pełni zgodzić.

Mark Eitzel ze swoim dostojnym spirytyzmem zaklętym w szklanej butelce, uprawia alkoholową metafizykę, w swojej podstawie jak w pryzmacie rozszczepiając spójną wiązkę rzeczywistości, przemieniając ją w barwne spektrum; rozpoczynając od surrealistycznej jarzeniowej bieli pobliskiego nocnego, przez wybitą cegłą szybę w oknie EX, kończąc na rozmazanej po podłodze łagodnej czerwieni wczorajszej kolacji. Urokliwość postępującej z każdym rokiem degeneracji pod postacią rytualizacji i nierozerwalnie związanymi z nią praktykami, co do godziny regulującymi cykl dnia i nocy poprzez nadanie im odpowiedniej procentowej rytmizacji; doprowadza, po przekroczeniu pewnej linii demarkacyjnej, do zlania się tych dni w jednolitą i paradoksalnie chaotyczną papkę – po czymś takim w końcu będzie można nareszcie co nieco powiedzieć o rodzaju stabilizacji życiowej. No tak, oczywiście, pod wpływem dekonstrukcji występującej w komitywie, z bardziej sformalizowanym psychologicznym podejściem, ta magia znajdująca się w każdej setce chowanej pod łóżkiem, roztrzaskuje się na setki prozaicznych odłamków, ukazując żałosność całej tej estetyzacji zmieszanej z obrzydzeniem i pogardą podejmowaną przez zewnętrznego obserwatora – jedyne, co mogę mu na to odpowiedzieć, to z dumą zwomitować wszystko z żołądka na jego wypucowane buty, aby później, dławiąc się tym, co jeszcze pozostało, wykrzyczeć mu w twarz, że Mark jest spoko, jego muzyka jest spoko, i w ogóle jego nowa płyta to jest coś... Nawet jeśli nie byłoby to związane z aktualnie podejmowanym tematem.

Idealistyczne, zromantyzowane i wyrwane z gleby kreślenie o piciu wódy – chciałbym kiedyś o tym dłużej, pisząc kilka skomplikowanych i niepotrzebnych elaboratów, ale do tego dojdzie wtedy, gdy w końcu ochłonę, może po trzydziestce, kiedy wyzbędzie się to wszystko posmaku kłopotliwej adolescencji na rzecz dużo dojrzalszej formy pomijającej wstydliwe skojarzenia z wynaturzeniami gimnazjalistów z Hyperreala, a dużo, dużo bliższej spokojnemu i charyzmatycznemu Hey Mr Ferryman, jednemu z niewielu albumów, na którego lirycznej ekspresji można stawiać językowy fundament i metaforyczną bazę całego tego przedsięwzięcia. Bo co jak co, ale to nie w linijkach o rozwalaniu okien różnych quasi-literatów, nie w dźwiękowych instrumentalizacjach, żeby czas szybciej zleciał podczas wieczornego wlewania w siebie i zagryzania rękawem, Matta Elliota, nie w upraszczającej, ale jednocześnie najwybitniejszej słownej zbitce o chlaniu Isaaca, że w zasadzie na pytanie, co w życiu można robić, to generalnie: "I'm trying to drink away the part of the day that I cannot sleep away". Ten konglomerat płynących przeżyć, doznawanych przez butelkowe spojrzenie szklaną lunetą na oddalający się i rozmazujący coraz bardziej horyzont codzienności, ostatecznie ujawnia się gdzie indziej... bo bezpośrednie mówienie o alkoholu mija się całkowicie z celem, z esencją, wpadając w żałosną śmieszność. W niedostrzegalną dziesiątkę, w blackjackowe oko, może trafić tylko prawdziwe bossostwo codziennej obserwacji, brzydzące się ogólnikami, które po-filtracji przeprowadzonej poza sceną (chowając ówcześnie spożytkowaną małpkę w pobliskiej doniczce), z drobnych, niepozornych elementów może w końcu wydobyć pożądaną głębię, czyniąc to wszystko precyzyjnymi one-linerami korespondującymi perfekcyjnie z akustyczno-gitarowymi ścieżkami. Zgadnijcie, kogo mam tu na myśli?

No tak, no i wyszły na wierzch moje własne kreski, kropki i zagięcia przestrzeni, ale mimo niebezpiecznego stykania się z linią doznawania faktury łazienkowych drzwi, jest różnica, ten stan ujmowany przez Eitzela – w przeciwieństwie do prób podjętych przez ludzi w introdukcji – w jego ustach staje się przede wszystkim płynnie wyrażalny, no i co ważniejsze, nie zabija u zewnętrznego obserwatora, przecierającego właśnie pobrudzone buty, przyjemności obcowania z sadomasochistycznie molową naturą tych piosenek, co tym bardziej w gościu może imponować, a nie śmieszyć. Dobra, może krzywdząca jest koncentracja na jednym pozornie marginalnym aspekcie twórczości gościa, ale w końcu to właśnie ten aspekt wydaje mi się kluczowy w odczytaniu, bo to przez ten kluczowy topos przechodzi cały strumień tych wszystkich upadlających doświadczeń późno-związkowych, kryzysu wieku średniego, a wraz z nimi tej fundamentalnej izolacji od świata, nadającej w końcu odpowiednią wkładkę pod stojącą na stole lunetę i pod tę mgłę trzecio-poziomowego alarmu smogowego na zewnątrz. Po prostu, Eitzel to coś więcej niż te cukierkowe (w przypadku Isaaca też wybitne) poprzednio-akapitowe wynurzenia, bóg z tobą, Mark.

Jacek Marczuk: Mark Eitzel, po kilku chybionych próbach, odrodził się niczym mityczny Feniks i swoją dziesiątą solową płytą uwiódł mnie bardziej niż niedawne nagrania takich graczy, jak Ben Watt, Cass McCombs, Jim O'Rourke czy Sufjan Stevens. Hey Mr Ferryman to rewelacyjny krążek i moim zdaniem najlepsza solowa rzecz Eitzela od czasu wybitnego The Invisible Man. Nie dajcie się zwieść przebojowemu i dość optymistycznemu w wymowie utworowi tytułowemu, bo już drugie w kolejności, mrugające w kierunku dokonań Grega Dulliego, filmowe "An Answer" jest gwarantem emocjonalnego rozprucia. Takich wałków to ci zresztą na Hey Mr Ferryman pod dostatkiem i niech za przykład posłużą chociażby takie numery, jak "Mr Humphries" czy "Just Because". Anielski głos Marka potrafi też ukłuć i zaboleć, zwłaszcza w slowcore’owym jamie "The Road", ale również na elektronicznie poszarpanym "An Angel’s Wing Brushed The Penny Slots" oraz "Nothing And Everything" – wyjątkowo pięknej balladzie uszytej tylko na "gitarę i głos". Per aspera ad astra, chciałoby się rzucić w kontekście płyty Eitzela. Pomimo paru słabszych płyt solowych lider AMC po raz kolejny udowodnił, że jest songwriterem co się zowie. W pojedynku uciemiężonych przez życie Marków: Hey Mr Ferryman Benji i niech to stwierdzenie będzie wystarczającą rekomendacją do sprawdzenia przez was tego kompaktu.

Redakcja Porcys    
10 lutego 2017
BIEŻĄCE
Aneta Sablik"Ulalala"
Leh"Łabędź"