RECENZJE - BRUDNOPIS

Maria Peszek
Miasto Mania

2005, EMI 0.7

Czasem zastanawiam się kto ukradł Polakom mózgi. W najlepszym razie zapchał modeliną uszy. No naprawdę, ręce już dawno odpadły, a Maria Peszek wciąż na topie, słyszałem, że ostatnio była gościem specjalnym panelu dyskusyjnego na temat kondycji współczesnej piosenki aktorskiej.

Czasem wydaję mi się, że istnieje Matrix. Kto steruje ludźmi? Michnik, Najsztub, Dunin-Wąsowicz? Kiedy agenci w czarnych okularach zapukają do drzwi redakcji Porcys? Nie pamiętam kiedy połknąłem tę właściwą tabletkę, ale innej reakcji na Miasto Manię być nie mogło. Zażenowanie przyszło na wysokości drugiej piosenki. Co świadczy zresztą o moim życzliwym nastawieniu do tej płyty.

Podczas gdy w kręgu znajomych nazwisko Marii przechodzi do języka żartów, zdolne w zabawny sposób dać puentę niejednej anegdocie, krajowi fonoamatorzy wykupują wśród ogólnych zachwytów nakład płyty. Nie znajduję przyjemności w byciu na kontrze wobec narodu. Na przyjęciach towarzyskich nie potrafię włączyć się w ogólny ton rozmowy. Irytują mnie gazety, billboardy i widok półek w Empiku. Męczę się. Ale ta płyta jest dramatycznie zła.

Ok. Piosenka aktorska, czyli, że teksty są na pierwszym planie, tak? "Zachwyca mnie miasto, zabija mnie miasto i wskrzesza mnie miast". Bez kluczowego tu słowa "grafomania" nie sposób zrozumieć tekstów Marii. Pewnie, to wygodne słowo i każdemu najłatwiej ją zarzucić. Ale tym razem dowody mamy wyjątkowo silne. Choć szkoda trochę miejsca na ekranie, zacytujmy: "We śnie na jawie / Spotkajmy się na kawie", "Chcę pokochać anioła / Który ma na moim punkcie fioła". Nie, nie, to bez sensu. Pomyślałem sobie, że fani pewnie przy tych linijkach właśnie doznają. Ale ogólny infantylizm, rymy w sąsiadujących wyrazach, rymy częstochowskie – od kiedy, pytam się, są uznawane za pisarskie atuty?

Nie sposób też ominąć firmowych "pieprzę cię miasto" i "na kochanie, na pieprzoty, całowanie". Kurde nooo. Nie wiem, może to moje tradycyjne wychowanie, ale ciśnie mnie w żołądku i powieka mi drga. Żeby jeszcze jakoś przemilczeć sprawę, ale tu Maria zabiera głos, ośmieszając się określeniem "wulgaryzm magiczny". Kurwa no (niemagiczna). Termin odwołujący się do, w gruncie rzeczy, niewiele znaczącego i delikatnie obśmianego przez krytyków literackich "realizmu magicznego". Oraz do ulubionej lektury warszawskich licealistek, autorstwa Marqueza, oh yeah. Jest się czym, za przeproszeniem, jarać.

Maria Peszek wykorzystuje modę na urban style. Zresztą, nie twierdzę, że cynicznie. Niewykluczone, że ów faktycznie ją zajmuje i jawi się jej jako coś wartościowego. Czym nie jest. Nie mniej jednak, marketingowo, świetnie się ta płyta wpisuję w rozwijającą się kulturę miejską. Michał Wiśniewski wykorzystywał Most Świętokrzyski, Peszek daje na okładkę Pałac Kultury i klasyczne staromodne wrotki. Trendy.

No i kwestia muzyki i udziału braci Waglewskich. Emade odstawia pańszczyznę, niczym Tamborello na płycie Postal Service. Coś jakby "od śniadania do obiadu jeden podkładzik, po obiadku do kolacji następny". Szkoda, jestem rozczarowany. No a Fisz czuje się zapewne jak ryba w wodzie w otoczeniu tekstów Peszek. Jego drużyna. Dokłada do nich swoją cegiełkę, jęcząc solo w kawałku "Ballada Nie Lada". Kandydującym zresztą do miana najbardziej irytującego performansu w karierze tego zapamiętałego wroga warszawki i miejskich pozerów.

17 marca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie