RECENZJE

Maria Peszek
Maria Awaria

2008, EMI Music Polska 2.9

"Gdy słuchają płyty, to niech odczuwają nieodpartą potrzeby żeby się kochać. To moje marzenie(...). Jeśli piszę tekst o wydepilowanym łonie to wcześniej idę na depilację." Seks przy dźwiękach "Hujawiaka", z obrazem gładkiego łona Marii Peszek w głowie – czyż nie o tym fantazjujemy po nocach? Albo wtedy, gdy w programie Wojewódzkiego kroiła zmysłowymi ruchami brązowego ciastopenisa – do dziś się śmieje, jak to sobie przypomnę. Odłóżmy jednak chwilowo na bok nasze odczucia względem artystki, przedmiotem recenzji jest bowiem płyta Maria Awaria, druga w dorobku Marii Peszek.

Istnieje w naszej skali ocen przedział opisany jako "przebłyski świadomości". Na Marii Awarii mamy ich całkiem sporo. Bardzo podoba mi się pochód kontrabasu w refrenie "Kobiet Pistoletów". Cała piosenka mogłaby nawet być miłym, kojącym utworem, gdyby nie wokal. Puls trzymany przez dęciaki w "Marznę Bez Ciebie", suchutki werbel w końcówce – też dobre. Następne cztery numery przemilczam, może tylko chórki w refrenie "Miłości" na plus. "Superglue" to, jak dla mnie, jeden z dwóch highlightów płyty. Utrzymany w stylu wczesnego (czyli dobrego) Múm, przynosi momenty naprawdę urokliwe. Nawet moje peszkowe zażenowanie w trakcie tych niespełna trzech minut jakby opada. Dodatkowe wokale Marii rozbrzmiewające tu i tam są ładne. Następne w kolejności "Ciało", znów nadaje się jedynie do obsmarowania.

Ostatnią kwartę Marii Awarii otwiera trafiony rzut za dwa w postaci "Rozpudy" i "Hedonii". W każdym razie, piłka toczy się gdzieś po obręczy. "Rozpuda" to połączenie idiotycznego tekstu z zaczynami ładnej melodii i harmonii (od "Kiedy tamto wstaje / Ja się staję"). W ostatnich taktach głos Marii ponownie przechodzi na stronę dobra i, uwolniony od słów, wiedzie nas w stronę "Hedonii", czyli drugiego ze wspomnianych wcześniej highlightów. Mimo "mruczącej duszy" i beznadziejnego motywu z Reksem pod koniec piosenki, znajdujemy w "Hedonii" pewną dozę subtelności, kojące pociągnięcia smyczków i przyjemną melodię. Także z zamykających album "Muchomorów" potrafię wycisnąć trochę przyjemności. Prawdopodobnie za sprawą napędzającego utwór zwiewnego piana. W ogóle, kończenie raczej powolnej, sennej płyty numerem z solidniejszym beatem jest trafionym pomysłem.

Wciąż jednak, odnajdywanie pozytywów w twórczości Córki Jana jest trochę jak szukanie czystych miejsc na trawie w parku za moim blokiem. Jest ich mało i trzeba się trochę namęczyć, aby je odnaleźć. Szczególnie teraz, gdy śnieg stopniał. Dla jasności – chodzi o to, że odsłoniło psie kupy. Takich brązowych plamek jest na Marii Awarii bez liku. Czasem przybierają postać całej piosenki, czasem tekstu, czasem zaledwie paru słów. Grunt, że rozchodzi się woń, uniemożliwiająca słuchanie tej płyty z przyjemnością. Przykładowo chwalony przez mnie wcześniej "Superglue". Muzycznie nie mam większych zastrzeżeń. Ale przychodzi refren: "Hej hej hej / Tyś mój klej / Superglue / I love you". Wiem, że na przykład red. Sankowskiego z konkurencyjnej gazety wzruszyło to liryczne wyznanie. Dla mnie słabość tego tekstu zgrzyta jak dwie łyżeczki piasku w porannej herbacie.

Zdecydowana większość tekstów na Marii Awarii jest irytująca, słaba, infantylna, wulgarna, niesmaczna, nietrafiona, budząca zażenowanie, niezgrabna, nieśmieszna. Może nie jednocześnie, ale w pewnych kombinacjach tych przymiotników. Te wszystkie gry słów, typu "nimfomańka", "rosół z domowej kury", "poliż mnie I’m Polish" – czy tylko mi wydają się one ciężkie? Jako wyjątkowo słabe wymieniłbym "Ciało", obliczone chyba na wywołanie zgorszenia w kręgach kół różańcowych, ale nie mające w gruncie rzeczy sensu. Poza tym "Rosół", "Hujawiak", "Miłość W Systemie Dolby Surround" – jest w czym wybierać.

Kolejna rzecz, która wyjątkowo mi przeszkadza na Marii Awarii, to sposób śpiewania Peszek. Maria nie ma złego głosu, ale jej aktorska, teatralna maniera interpretowania piosenek niweluje punkty za kolejne czysto wyśpiewane dźwięki. Nieznośne staje się to przykładowo w "Kobietach Pistoletach", gdzie do tekstu o kolekcji wzwodów, "pikantnego" jak rozumiem dla części swych odbiorców, Peszek dobiera głos słodki i niewinny. Że niby taki kontrast, przewrotność. Takich mierżących momentów jest na Marii Awarii mnóstwo.

Na koniec dwa słowa podsumowania. Nie mają racji ci, którzy z założenia odrzucają twórczość Peszek i wylewają wiadra pomyj na wszystko, co z jej ust wyjdzie. Mimo, że sama "postać" wokalistki budzi i we mnie, przyznaję, niesmak, to jej druga płyta warta jest przesłuchania i ma przyjemne chwile. Natomiast jeszcze bardziej nie mają racji ci, którzy słuchają Marii Awarii z dreszczem podniecenia, sądząc, że oto obcują z dziełem wyjątkowym, odważnym erotycznie, drapieżnym, cokolwiek tam jeszcze. Macie słaby gust.

Piotr Piechota    
5 marca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja