RECENZJE

Maria Minerva
Tallinn At Dawn

2011, Not Not Fun 6.4

Estonio, ty jesteś jak zdrowie! Niewiele rzeczy na tym świecie jest tak pewnych jak to, że ten kraj to ziemia obiecana dla każdego szanującego się polskiego nerdzika. Pomijając rześki klimat i fajne dziewczyny, pamiętajcie o tym, że największy z tamtejszych tygodników, Eesti Ekspress, jarał się Worn Copy zaraz po premierze i wybrał ten album swoją płytą roku 2005. Absurdalnie nieprawdopodobne, a jednak! Zresztą Ariel "przed przemianą" regularnie hulał w playlistach estońskich radiostacji (nie wiem jak jest teraz, to w sumie ciekawa sprawa), zaś koncert ekipy Haunted Graffiti porównywano (jeśli idzie o skalę wydarzenia) na poważnie z występem Madonny. Wobec tego chyba spokojnie możemy uznać Estonię za krainę mlekiem i Porcys płynącą, a okazja do tego jest o tyle dobra, że Tallinn właśnie prezentuje nam swoją zdolną reprezentantkę i wychodzi na to, że absolutnie nie ma się czego wstydzić przed resztą świata.

Przykład Marii Minervy potwierdza, że sprawdziła się stara taktyka Billa Hicksa. "Just planting seeds, baby" – mógłby parę lat temu w trakcie któregoś z gigów rzucić Pink. I wychodzi na to, że spisał się lepiej niż dobrze, bo (jak słusznie zauważył Wojtek na szybko komentując Tallinn At Dawn) "to przecież estońska Nite Jewel". Myślę, że takie porównanie nie krzywdzi tallińskiej songwriterki, która jako swoje największe muzyczne obsesje ostatnich tygodni wymienia między innymi Aaliyah, Eno czy A.R. Kane. To nasza drużyna, wiadomo, ale w temacie inspiracji bardziej naturalnie nasuwają się kandydatury Genevy Jacuzzi czy wspomnianej wcześniej Gonzalez. Sam album podzieliłbym nieco niesprawiedliwie, wiem, na dwie części: opener i resztę. Nie, ale naprawdę – co się dzieje w otwierającym tę płytę "California Scheming"... Zwiewność refrenu tej jewelowskiej mimikry zwala z nóg, a celowe (?) nawiązania do tematyki "Want You Back" tylko ożywiają jakże pozytywne wspomnienia związane z "tamtymi czasami". Pisanie o "tallińskiej syrenie" pewnie miałoby w sobie sporo prawdy, ale brzmi to jak nazwa jakiegoś klubu piłkarskiego (coś jak moskiewski Spartak czy warszawski Drukarz), dlatego dzisiaj wyjątkowo wam daruję.

A co dalej? Wiadomo, rezydująca od jakiegoś czasu w Londynie Minerva miała przed sobą nie lada zadanie, ale znalazła dosyć sprytne wyjście z tej sytuacji. W kolejnych kawałkach minimalnymi środkami stara się tworzyć rozmyte, niedbałe piosenkowe mgiełki i wychodzi jej to zupełnie solidnie. Sypialniany vibe i śnięte wokalizy w "Sad Serenade" rozkołyszą każdego, z kolei grooviasty beat "10 Little Rock Chix Listening To Neu!" zachęci do nieśmiałego baunsu w domowym zaciszu. Zresztą ten ostatni to chyba najbardziej "skomplikowany" z nagranych przez Marię utworów – akcje, które odgrywają się w tle robią większe wrażenie niż te z ostatniego filmu Stallone'a. Reszta tego półgodzinnego materiału kupuje mnie samym klimatem i wyczuciem songwriterskim Minervy, która stawia na proste, dobrze znane i skuteczne patenty.

Debiut estońskiej dwudziestodwulatki odkrywa przed światem osobliwą, zdolną i pomysłową artystkę, której z tego miejsca wróżę sporą karierę. Problem ze znalezieniem supportu Ariela przed najbliższym tallińskim koncertem właśnie rozwiązał się sam.

Kacper Bartosiak    
15 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja