RECENZJE

Marc Leclair
Musique Pour 3 Femmes Enceintes

2005, Mutek 7.0

Jechałem pociągiem. I nagle wyciągnąłem dyskmena. W przedziale nikt na ten fakt nie zwrócił uwagi. Pozornie. Adolescenta dziewczyna spod 23 łypnęła niezauważalnie spod byka zostawiając tekst rozłożonej na kolanach książki bez opieki, ktoś przy oknie ugryzł bułkę, nie trudno było też dostrzec drgnięcie stopy przebranego za Viollę Villas wąsatego grubianina próbującego z potem ukryć swój kamuflaż. Debil – pomyślałem. Miałem 2 płyty: Isolee – We Are Monster oraz Marc Leclair – Musique Pour 3 Femmes Enceintes. Mili towarzysze podróży nie odegrali już żadnej roli w tej historyjce, zająłem się odsłuchem. Najpierw postanowiłem być urzeczonym przez futur bangera Herr Szpeca, na ktorego nowe dzieło liczyłem jak Czarny na Bydgoszcz. Nieważne. We Are Monster okazał się klapą opadłą z takim hukiem, że wszyscy spojrzeli się na mnie jak bym właśnie siadał w miejscu gdzie cesarzowi nie wypada. "Chyba warunki nie te" pomyślałem i zmieniłem po jakimś czasie krążki (na marginesie dodam, że wiele się od tamtego czasu nie zmieniło, We Are Monster to dla mnie płyta na manowcach). No i zapuściłem Akufena. Wiecie co się stało? Pociąg zaczął jechać, a owieczki i koźlęta przemówiły ludzkim głosem. Soundscape'y Leclaira sprawiły, że wagon, w którym jechałem oderwał się od linearnego toru jazdy i zaczął bezwładnie krążyć wokół krajobrazów, które stanowią nierozłączny element każdej podróży pociągiem.

"1er Jour" delikatnie zarysowuje "wodny świat", nie taki costnerowy (ha ha świetny żart!, późno jest), lecz w guście ambientalnych kałuży Tima Heckera, okalając tę rzeczywistość precyzyjnie wzniesioną siatką drobnych "blikujących" bitów, kunsztem dorównujących rytmicznym microhouse'owym harcom Villalobosa. Z oceanicznych, tudzież gwiezdnych (w zależności od rodzaju wyobraźni) głębstworzy przenosimy się w atmosferze i przestrzeni, zmieniając topos klimatyczny na zjawisko przyrody zwane popularnie "wiatrem". Przy czym rozumiecie mam nadzieję pysie misie patysie, zupełną umowność tego i raczej tak na słowo honoru słychać i bardziej wymyślam sobie, a nawet konfabuluję. W każdym razie dowodzi dobitnie drugi track mistrzostwa Leclaira w zakresie operowania nastrojem. Kreuje pan Akufen hipnozę powtarzanym przez parę minut masywnym rozlazłym echem, skontrapunktowanym znienacka Nienacki go macał po omacku perfekcyjnie dobranym urwanym tematem smyków i w tym momencie powstaje harmonia tak smutna, że chce się tylko usiąść zapłakać nad bezmiarem uniwersum.

Kolejny "64e Jour" nasuwa co do krążka podejrzenia obcowania z jedną opowieścią umownie podzieloną na cyferki, albumem koncepcyjnym, bo mamy jakby rozwój akcji, kiedy do tych samych pejzaży dołącza wątek minimalistyczny – wzmagający dramaturgię, obłędnie powtarzany, pospiesznie na tym tle stąpający trójdźwięk pianina. Później letarg, czyli burza, relaksujące odgłosy przyrody, deszczówka spływająca rynną, ścinki plamek i w efekcie nieco chaosu, ale też układa się w tym wszystkim myśl przewodnia; wyłaniają się zarysy melodii z permutacji zbliżonych estetycznie do laptopowych operacji przeprowadzanych skalpelem na rezonansach i wszelakich nietypowych jednostkach dźwiękowych. Analogiczny zamysł kompozycyjny przyświeca następnemu "114e Jour", choć w tym wypadku to samo wyrażono trochę inaczej – psychodelicznie rozmytym trącaniem strun, napływającym z dwóch stron by przeniknąć się w jakimś czasowym zagięciu (zahacza o magię, ale tylko zahacza).

Z kolei pojawiające się dalej żywsze bity oraz zalążki technowych zacięć stanowią nieśmiały ukłon w kierunku pamiętnego My Way. "Szóstka" kontynuuje intrygę ogarniając formę w rzecz spójną, uporządkowaną, zaprojektowaną w sposób misterny, do tego stopnia, iż jestem zmuszony pożałować stałego nadużywania w moim wykonaniu, a w konsekwencji dewaluacji określenia "wyrafinowane", ponieważ wydaje się ono tutaj niewystarczające. I zanim skonkluduję, wyrażając podziw dla Leclaira za talent, wizję, wetowanie, do końca wetowanie; polecę jeszcze gorąco utwór zamykający, napawający wielkim optymizmem, bowiem zawierający ukrytą sugestię "you can still expect from me a straightforward fun record, but with a heart and a soul and with depth and a sense for melody". Jeśli closer coś zwiastuje oczekujmy w przyszłości house'owego misterium.

Najlepsza płyta Mutka. Mutek Festival rządzi. Pierwszy z dziewięciu odcinków tego ambientowego dryfu był współtworzony z genialnymi Rechenzentrum. Muzyka Dla 3 Kobiet W Ciąży to czołówka elektronicznych wynurzeń tego roku i jej wyższość nad takim przykładowo We Are Monster jest dla mnie jasna. Mimo, że nie są to jakieś innowacyjne pejzaże, to wielkie ciepło od nich leci.

Krzysztof Zakrocki     Michał Zagroba    
20 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie