RECENZJE

Maquiladora
What The Day Was Dreaming

2003, Darla 5.1

Do tych samych muzyków można mieć różny stosunek, począwszy od głębokiej nienawiści, a na fanatyzmie skończywszy. Są jednak ludzie, wobec których wykazujący się choćby odrobiną wrażliwości muszą odczuwać określony zestaw emocji, jest to niejako ustalone odgórnie. Taki Phil Elvrum. Jacek jeden z Playlistów podsumował: "wszyscy kochają Phila Elvruma". Jeśli nie zwróciliście uwagi na znaczenie tego zdania wcześniej, robię to ja teraz. Oczywiście stosownie do osoby różne jest znaczenie ukryte pod tego rodzaju deklaracją. Jedni (jak ja) baliby się spotkania z autorem The Glow, Pt. 2, by nie okazał się on przypadkiem kimś zwyczajnym (tak, wiem, to niemożliwe). U drugich twórczość Microphones generuje magiczne pokłady przyjemności i to ją, nieutożsamioną z postacią autora, "kochają". Takie relacje mają przemożny wpływ na odbieranie dźwięków wychodzących spod ręki Elvruma. Zakładając, że nagra on kiedyś przeciętny album, nietrudno odgadnąć, że jeśli pozostanie w nim przy formie dawnych płyt, nawet niesłychana mierność kompozycji czy też grafomaństwo tekstów nie uniemożliwią nam chwilowego choćby rozkoszowania się nim. Podałem akurat skrajny przykład. Takim mniej odległym od krawędzi (i bardziej realnym) jest californijskie trio Maquiladora.

Jak pamiętacie, Ritual Of Hearts, poprzednik What The Day Was Dreaming, znalazł się w pierwszej dziesiątce płyt naszego podsumowania zeszłego roku, będąc jednocześnie zwycięzcą jeśli chodzi o slo-core (w tyle został choćby słynny Low). Zespół na krążku tym (choć nie znam dwóch poprzednich albumów Maquiladory, nawet w Stanach nie są ogólnodostępne) dokonał rzeczy niebywale trudnej, bo stworzył bardzo charakterystyczny dla siebie styl. Była to zresztą zaleta niknąca w natłoku innych, bardziej efektownych. W kontekście followera Ritual Of Hearts warto jednak przyjrzeć się jej dokładnie, albowiem – choć pomniejszona – jest ona ciągle główną cnotą kolejnej propozycji zespołu.

To produkcja była kluczem do sukcesu. Nieziemsko precyzyjne i przemyślane rozmieszczenie dźwięków oraz wyśmienite dobranie ich brzmienia sprawiały, że słuchając albumu nie przez słuchawki nie sposób nie mieć wyrzutów sumienia spowodowanych marnotrawieniem dzieła, kontaktem z ledwie jego częścią. Wykonana nad konsoletą praca mechaniczne rzuca przed oczy wizje dziesiątek godzin spędzanych przez zespół nad ostatecznym doszlifowaniem diamentu. Zagłębiając się w Ritual Of Hearts doszedłem do wniosku, że Maquiladora musi być obeznana z ogromną liczbą sprytnych zagrań. To niemożliwe, by osiągnąć podobny efekt opierając się na rozwiązaniach standardowych, nawet przy obecnym rozwoju techniki dźwięku. Oczywiście i inne argumenty, jak głosy wokalistów czy songwriting, stanowiły o znakomitości krążka; kropkę nad "i" postawiono jednak w studiu.

Niestety, What The Day Was Dreaming tylko dosyć nieudolnie zbiera plony swojego poprzednika. Zauważyłem, że to najbliższe mu fragmenty są tu najmocniejszymi. Zresztą nawet nie zawsze gdy zespół wyraźnie czerpie z Ritual Of Hearts, udaje mu się wyskoczyć ponad przeciętność. Momentami panom zdarza się i smęcić ("Heartbroken") czy też po prostu nudzić. "Leave The Music On" poza ładną (ale dopiero w końcówce) partią pianina nie ma nam żadnej treści do zaoferowania. Jeśli komuś wystarczy leniwy bicik i wykonywane jakby od niechcenia pacnięcia w klawisz, to może i ma pewną szansę nie zasnąć. W przeciwnym wypadku nie doradzam słuchania utworu mając w perspektywie dużą ilość nauki, może z niej już nic nie wyjść. Na szczęście lepiej wypada następujące chwilę później country w "Revolution", gdzie nie wykraczając poza swoje wcześniejsze dokonania trio zapewnia odrobinę przyjemności, choćby w chwytliwym refrenie.

Najlepszemu w zestawie, calexicowemu "Drunk And Lighting Fires (A Waltz)" brakuje tylko jednego: bardziej przestrzennej produkcji. Podobnie jest z całością krążka: pod tym względem zespół jakimś sposobem cofnął się i pomimo, iż ciągle jest bardzo dobrze, to negatywne zmiany są łatwo wyczuwalne. Fani slo-core'u mogą spojrzeć na album inaczej: skupią się oni raczej na fakcie przeniesienia części zalet Ritual Of Hearts na nowy grunt, omijając bolesny fakt, iż tak naprawdę go nie ma. Gdy tak pojmiemy sprawę, krążek nagle mieści się na liście roku, co prawda w jej ogonie. Nie oszukujmy się jednak, przesłuchanie What The Day Was Dreaming zupełnie bez znajomości dyskografii Maquiladory skończyłoby się pochwałą estetyki, zganieniem cienizny pod nią się kryjącej i odłożeniem albumu do kartonu pod łóżkiem. Fakt, doznania doświadczone dzięki wcześniejszym wytworom tria mają znaczenie w odbiorze nowego materiału, nie należy ich jednak przeceniać.

Do niedawna jakikolwiek Maquiladora miała pomysł, jego wcielenie w życie nie stanowiło problemu. "Cyrk w smutnej piosence? Nie ma sprawy". Obecnie, nawet jeśli doszło do przebłysku, grupa nie wie jak się za niego wziąć. To są raczej próby wykaraskania się z kłopotów. Na przykład "Kiss Over" melodyjnie posiada duży potencjał, ciekawie również zaaranżowano wokal. Reszta natomiast nadaje się tylko na śmietnik: skąd to będące zupełnie nie w temacie przejście i późniejszy pseudo-epicki podryw? Niewyraźną konsystencją utwór również traci. Podróżując tak kolejno po piosenkach płyty trudno jest określić, czy bliżej jej do klęski, czy do arcydzieła. Mroczny closer "Liam" przekonuje, że jednak o odrobinę do tego drugiego. Dystans ciągle jednak pozostaje zbliżonym.

Jędrzej Michalak    
20 października 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie