RECENZJE

Maquiladora
Ritual Of Hearts

2002, Better Looking 8.4

Maquiladora to kolejna amerykańska formacja działająca gdzieś na zupełnym marginesie zainteresowania, nagrywająca kolejne albumy dla bardzo wąskiego grona odbiorców. Początkowo grupa założona w San Diego, a licząca zaledwie trzech członków, w ogóle nie nastawiała się na coś więcej, niż prywatne tworzenie dla ograniczonej liczby znajomych. Ograniczonej, bo przecież, jak sami najlepiej wiecie, nie każdy kolega/koleżanka musi znać się na muzyce i kasety ze zbiorem piosenek oraz luźnych impresji wysłuchiwane były przez zaledwie garstkę osób. Jednak szlachetne założenia, Ideały Sierpnia, które legły u podstaw projektu, zniweczone zostały po kilku latach przez niepohamowany pęd do sławy i wielkich pieniędzy. W trakcie siedmiu wiosen działalności tercet zdołał nagrać trzy albumy. Tak się składa, że najnowszy z nich jest jednym z najpiękniejszych wydawnictw tego roku.

Ritual Of Hearts to dość niecodzienna płyta. Stylistycznie obejmuje ona obszar rozciągający się przez krainy alt-country, slo-core ("slo" prawie jak nu-metal) i psychodelicznego folku. Każdy z tych rejonów zagospodarowany był wcześniej przez klasyków sceny niezależnej, jednak Maquiladora to pierwsza znana mi formacja (na pewno jakby dobrze poszperać znalazłoby się jeszcze co najmniej kilku tego typu wykonawców) łącząca te trzy inspiracje w niezwykłą całość. Przykładowo, ponure pianino i śpiew w utworze "Heaven" przypominają klimat dramatycznego I See A Darkness, podczas gdy majestatyczne dźwięki basu, atmosfera i tempo kompozycji przywodzą raczej na myśl I Could Live In Hope Low. Narkotycznego posmaku dostarczają ledwo słyszalne przeciągłe, mroczne piski instrumentów smyczkowych. Pierwszy jak trzeci, drugi jak pierwszy, trzeci jak drugi. Trzech muzyków, trzy inspiracje, trzy plus trzy plus trzy plus trzy utworów. Coś jest w tej symbolice liczb, może Maquiladora to Mesjasze zesłani przez Boga, albo co gorzej Trójca Święta we własnej osobie? Tak, to wydaje się prawdopodobne.

Poczynania grupy niektórzy określają mianem "desert music", a więc jak wynika ze słownika: muzyki deserów. Chodzi o uchwycenie atmosfery i emocji związanych z wielkimi, otwartymi przestrzeniami. Można dostrzec w tym jakąś próbę przekazywania uczuć obudzonych przez właśnie takie "przestrzenne" doświadczenia: spoglądania w bezkres nieba, poetyckiej obserwacji natury niczym u Adama Asnyka ("I love the sound of rain / It trembles and moans"), czy poczucia pokoju i jedności. Ta rzeczywistość postrzegana jest jednak przez pryzmat wewnętrznych zmagań miłosnych podmiotu lirycznego; okazuje się, że przeważająca część tekstów na Ritual Of Hearts traktuje o tym najgłębszym możliwym uczuciu rodzącym się między dwiema osobami. Autor opowiada o wybrance swojego serca: jej błękitnych oczach, cudownym oddechu, aksamitnych dłoniach, łabędziej szyi. No, może troszkę zmyślam, ale faktem jest, że medytacja nad naturą nie przypomina tu filozoficznych koncepcji przekazywanych przez Phila Elvruma. W warstwie tekstowej należałoby mówić o piosenkach miłosnych; rozmyte, psychodeliczne pejzaże malowane są przede wszystkim dźwiękiem. A ponieważ Maquiladora maluje wyjątkowo pięknie, to połączenie momentami owocuje porażającymi kompozycjami, takimi jak chociażby wspomniane "Sound Of Rain".

Ze względu właśnie na przestrzeń i medytacyjny wydźwięk dzieła, ze wszystkich porównań mnie osobiście najbardziej przekonuje to, na które sam wpadłem, a więc do absolutnej klasyki slo-corowego wymiatania – albumu I Could Live In Hope. Debiut Low i Ritual Of Hearts mają bardzo ważną wspólną cechę: nie chodzi w nich o same intencje w rodzaju "dobra, robimy powolne granie, powinni napisać, że hipnotyzuje" (takie podejście daje się już na przykład zauważyć w przypadku Things We Lost In A Fire czy Barely Real Codeine), ale przede wszystkim obecność poruszających i naprawdę hipnotyzujących melodii. Główna różnica polega chyba na wyraźnym folkowym posmaku piosenek Maquiladory, czego rzecz jasna nie uświadczymy w przypadku Low.

Dziwne uczucie ogarnia na myśl o tym, że tak silnie emocjonalnie oddziałujący album powstał w miejscu kojarzącym się raczej z delfinami (a może to tylko moje konotacje?). Natomiast w ogóle nie jest dziwne, że miejsce to znajduje się w Stanach, a nie w Anglii, skąd wywodzą się wszystkie kolejne mutacje Yorke'a i Buckleya. Album dedykuję (jako autor recenzji) miłośnikom Coldplaya, Starsailora i właścicielom sex shopów w Polsce.

Michał Zagroba    
14 listopada 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja