RECENZJE

Manitoba
Up In Flames

2003, Leaf 8.2

Co powiecie na małą gorączkę? Idę o zakład, że wszyscy mieliście kiedyś gorączkę i wcale nie wspominacie tego tak źle. Stan podwyższonej temperatury organizmu, tępy ból głowy, łamanie w kościach i dreszcze przy każdym ruchu: it's not all that bad. Przeciwnie, gorączka wkręca w odmienną, trochę nierealną świadomość, zupełnie jak "na dragach". Majaczysz, czujesz wszystko podwójnie, potrójnie, unosisz się, tracisz kontakt z rzeczywistością. Parafrazując refren Myslovitz, chciałbym umrzeć z gorączki. Jak Nemecek w Chłopcach Z Placu Broni. Powyżej czterdziestu stopni wyobrażam sobie to jako niezły odjazd, podobny do narkozy przedoperacyjnej, którą straszył mnie niedawno kolega. Ubrał się ładnie w piżamkę, wsunął pod kołderkę i pani Halinka podała mu "głupiego jasia". Kiedy kompletnie sfazował ("Ale tu u was fajnie w tym szpitalu, ho ho! Śmiesznie pani dziś wygląda!"), wstrzyknięto mu gęsty biały płyn. "I co, teraz pewnie po czterech sekundach zasnę?", spytał. "No tak". "Aha. No tak. No dobra". Zobaczył gwiazdki wokół łebka, jak z komiksu. A następne, co pamiętał, to "obudź się, obudź się!" - mogliby mu zrobić cokolwiek chcieli podczas tych kilku godzin zapaści, ale wiecie, żyjemy w cywilizacji eksperckiej, trzeba ufać lekarzom.

Trudno wnioskować, czy Dan Snaith spotkał na swej drodze życiowej panią Halinkę, albo czy termometr wzrósł mu kiedyś do czterech dych, natomiast jego najnowsze dzieło, Up In Flames, wydaje się muzyczną kwintesencją gorączki. Sam tytuł z płomieniami inklinuje odpowiednie skojarzenia. Rozmyta okładka posługuje się barokowym iluzjonizmem. Z daleka ewokuje zbliżenie kobiecego biustu ledwo przykrytego porwanym topem (czy jak tam, nie czytuję "Trendy"). Gdy jednak przyjrzeć się zdjęciu dokładniej, przedstawia impresyjny pejzaż słonecznej uliczki, popełniony pod światło zza owocowego krzaka. Urzekająca manipulacja. Wreszcie sama zawartość merytoryczna. Już od progu, w mgławym "I've Lived On A Dirt Road All My Life", Snaith zabiera nas na palącą wycieczkę szlakami treści ukrytych. Oniryczny zaśpiew "And I just wanna get you home" krystalizuje upalne rozleniwienie. Jakby człowiek leżał sobie wtulony w poduszkę i czuł się tak słodko, że spokojnie mógłby wymienić imię dziewczęcia, w którym się skrycie kocha. Na jawie nie do pomyślenia, bo to przecież sekret.

Fakt, że całe Up In Flames jest taką oto naturalną miazgą, pełną psychodelii i wiosennej rosy, zaskoczył śledzących dokonania Snaitha od początku. Start Breaking My Heart (debiut gościa sprzed dwóch lat) plasował się wśród ciekawszych prac gatunku najlepiej kwitowanego jako "ciepła elektronika" (Szwab, który zaraził nasz kraj szyldem "emo-tronika" chyba nie bardzo zna historię przedrostka "emo"; o wersji zamiennej nie wspomnę), ale nie wychylał się poza pewne schematy. Gdy teraz porównuję pierwszą Manitobę do drugiej, uderzają mnie zdecydowane ruchy poczynione pomiędzy. Istotnie, albumy są diametralnie wręcz różne. Można wszak doszukać się bezpośredniej ścieżki. Według mnie Up In Flames wzięło się z trzeciego nagrania na Start Breaking My Heart, "Mammals Vs Reptiles", soft-transowego tworzywa rozsadzanego prostym loopem żywych bębnów i miękkimi dęciakami. Gro pozostałych fragmentów bazowało na syntetykach, ale tutaj Snaith postawił na organiki.

Wychodząc od założenia organiczności, Dan dokonał zmian rewolucyjnych i wypluł materiał paradoksalny: logiczny i niespodziewany. Przede wszystkim dodał wokale. Czerpiąc zarówno z amerykańskiego psychodelicznego pop-rocka lat sześćdziesiątych, jak i brytyjskiego powłóczenia spod znaku Spacemen 3, uczynił z ludzkiego głosu element hipnozy, a nie orzeźwienia. Zbudował kompozycje na prostych, stopniowo przetwarzanych sekwencjach. Zaaranżował je przebogato, pamiętając jednak o pofałdowaniu części składowych. Urywki gitarowe, dzwonki, trąby, analogowe klucze, zbiorowe klaśnięcia, efekty produkcyjne Spectora i te naszprycowane pętle niestrudzonej, oddychającej, skocznej, staroświeckiej perkusji mieszają się razem jak w kotle, dając smak najbliższy improwizacjom Mercury Rev gdzieś tak z okresu Boces. To już dłużej nie jest ciepłotronika, to więcej ma wspólnego z abstrakcyjnymi rozwiązaniami bedroom-popowymi.

Up In Flames to płyta w duchu The Perfect Prescription - niezwykle elegancka formalnie, gdzie poszczególne utwory wydają się do siebie bardzo podobne i z początku zaciera to lekko odbiór, ale w konsekwencji kilku odsłuchań uwydatnia olbrzymi potencjał, by z czasem doprowadzić do uzależnienia. Od pereł na poziomie "Hendrix With Ko", przepięknej wielopiętrowej opowiastki pulsującej natrętnym rytmem (przełamanie beatu w środku jest pyszne). Albo kołyszącego "Jacknuggeted", który już doczekał się EP-ki swojego imienia, zawierającej odrzuty z sesji. Surowizna psycho-rockowa wylewa się z "Twins", starożytno-egipskiego hymnu ku czci poległych, oraz "Kid You'll Move Mountains" (nasycenie egzotycznym fletem). Pod koniec "Crayon" do miksu wkradają się hauczące psy, zupełnie jak w finale Zaireeka (czy to także hołd dla Beach Boys?). Długie pożegnanie "Every Time She Turns Round It's Her Birthday" nieuchronnie przywodzi rozwlekłe jamy późnego Spiritualized. Po siedmiu minutach dobiega was radosne wiwatowanie dzikiego plemienia i powoli wracacie do siebie z gorączki, przewidując, że chirurg wyciął wam wątrobę, ćwierć jelita i trzy żebra. Eee tam, to tylko wrażenie wywołane muzyką.

Borys Dejnarowicz    
5 lipca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja