RECENZJE

Mando Diao
Bring 'Em In

2003, Majesty 5.9

Podczas zeszłorocznych wakacji postanowiłem odwiedzić Eddiego, kumpla ze studiów, który siedział w Sztokholmie "na Sokratesie". Na promie przypadkowo spotkałem Makoto (heh), który wracał do swojego szwedzkiego mieszkania po różne graty, w tym gitarę basową i piec. Po dziewiętnastu godzinach rejsu dotarłem na miejsce. Pogoda była piękna; żar lał się z nieba, przyjemne dla oka skandynawskie "blondi" przechadzały się zalotnie w bikini. Eddie zbierał materiały do pracy magisterskiej, a ja włóczyłem się po mieście w poszukiwaniu wrażeń. Któregoś dnia wybrałem się na zwiedzanie Muzeum Narodowego; mimo, że łaziłem po nim ponad dwie godziny, to ekspozycja jakoś mnie specjalnie nie powaliła. Zmęczony, przysiadłem na ławeczce, zdjąłem buty i kontemplowałem chłód, bijący od marmurów.

Nagle usłyszałem: "Would you be interested in a guided tour in English?". Podniosłem wzrok i moim oczom ukazała się sympatyczna brunetka o buźce tchnącej gotowością i nadzieją. W tej sytuacji trudno było odmówić: "Sure, if it's free". Oprócz mnie na wycieczkę zabrała się jeszcze jakaś pięćdziesięcioletnia Amerykanka (w muzeum było dość pustawo). "So where do you come from?". "Naprawdę, z Polski jesteś?". I w ten sposób poznałem Magdę, Szwedkę polskiego pochodzenia, która całkiem nieźle radziła sobie w narzeczu Słowackiego i Mickiewicza (a także swoich rodziców). Druga rundka po muzeum była już bardziej kształcąca, po czym zaproponowałem Magdalenie, że odprowadzę ją kawałek do domu, bo i tak nie mam co robić.

"To już tutaj. Może wejdziesz do środka, napijesz się czegoś?" – usłyszałem nagle. I znowu, przez wzgląd na szacunek dla młodych absolwentek historii sztuki, nie wypadało odmówić. W środku przywitała mnie (między innymi) szafa płyt; kątem oka, Beck, Elvis Costello, hmm, ciekawe, Kent, "to płyty mojego chłopaka" (aha...), "wiesz co, to może ja coś puszczę nastrojowego", "a to znasz?", "nie, co to, szwedzkie?", "chcesz, puszczę", puściła i... takie było moje pierwsze zetknięcie z Bring 'Em In, płytką, którą wychodząc dostałem na pamiątkę. Chwileczkę; proszę czytelników o usunięcie z głów kosmato-lubieżnych myśli powstających przez identyfikację. Myśmy tam tylko słuchali muzyki, a całą historię przytoczyłem, ponieważ historia mojego zetknięcia się z albumem młodych Szwedów jest chyba ciekawsza niż on sam.

Tak, kochani. To garage-rock revival zalewa nas falą niczym potop szwedzki. Ba! Szwedzi jako naród są chyba tak biegli w odświeżaniu anglosaskich rockowych korzeni, jak w języku angielskim. (Na sztokholmskiej ulicy spotkałem żebraka, który chciał ode mnie dostać trochę drobnych. Kiedy zripostowałem, że "I'm sorry sorry but I don't speak Swedish", zaczął żebrać po angielsku.) Mando Diao stylistycznie lokuje się gdzieś pomiędzy współczesnymi średniakami pokroju The Strokes i The Hives (też Szwedzi), z tym, że ich inspiracje oscylują bliżej legend takich, jak The Who albo The Kinks. Płytka jest jednak całkiem przyjemna, motywy muzyczne oryginalne, zagrane z pasją i o żadnym żebraniu mowy tu być nie może. Owszem, potomkowie dynastii Wazów prochu strzelniczego na tej płycie nie wynaleźli i murów Jasnej Góry nie wysadzą. Ten akapit w zasadzie wystarczyłby za skróconą recenzję, ale chłopaki zasłużenie zapracowali na przyznaną im ocenę i wypadałoby napisać jeszcze jeden akapit, aby złożyć im należyty hołd (pruski).

Tak więc opener "Sheepdog" uderza z należytą energią nieskomplikowanym, acz chwytliwym riffem. Z miejsca słyszymy vintage'ową produkcję wykreowaną przez Ronalda Broda (taką jak Micka Jonesa na Up The Bracket Libertines, tylko bardziej puszystą, rozmytą), dzięki której brzmienie całej płyty staje się bardzo spójne i jednorodne. Dalej album rozwija się w kierunku soul-rockowym, wkradają się też chochliki z rodzaju organów i tamburyn, urozmaicające przestrzeń. Słucha się tego bardzo przyjemnie, ale w pamięć specjalnie nic nie zapada. Wszystkie kawałki, może oprócz balladki "Mr. Moon", prezentują równy poziom. Z jednym wyjątkiem: ledwie dwuminutowy "Motown Blond" frenetycznie zaprasza do tańca w takt rytmicznego poklaskiwania i naprawdę wymiata. Płyta prawdziwie zacna, ale nie wybitna. "Czy mogę kogoś pozdrowić?". "Przepraszam, ale Pan tu o wszystkim, tylko nie o muzyce". "Eddiego, a Magdzie dzięki za płytę".

Tomasz Gwara    
5 lutego 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja