RECENZJE

Maleńczuk
Ande La More

2002, Sony Music 3.0

Kiedy Maciej Maleńczuk, przed przystąpieniem do nagrywania swojej drugiej solowej płyty, obwieścił wszem i wobec, że postanowił skierować swe działania w kierunku elektroniki, pomyślałem sobie: jednak mamy tu do czynienia z otwartą głową. Z artystą, który za wszelką cenę nie chce być uznawanym za wypalone, stare próchno. I chwała mu za to. W końcu krakowski bard był ostatnią osobą, która komukolwiek mogła się z tworzeniem za pomocą komputera kojarzyć. Oczami wyobraźni ujrzałem wtedy fascynującą drogę, jaką pokonuje mój ulubiony polski wokalista. Od tradycyjnej więzienno-ulicznej piosenki, poprzez porywające rockowe utwory i długo oczekiwaną fuzję psychodelii z popem, aż po... elektronikę! Tak!

A jednak nie. Maciej Maleńczuk w pewnym momencie wykonał obrót o sto osiemdziesiąt stopni, stanął w miejscu, dokładnie obejrzał sobie wszystko co po sobie zostawił, a następnie wziął do ręki własny ogon i zaczął go najspokojniej w świecie zjadać. Ande La More nie ma nic wspólnego z elektroniką. Owszem, pojawiają się na nim elementy elektroniki, ale to wszystko byłoby prekursorskie gdzieś tak pod koniec lat siedemdziesiątych. Prawdopodobnie bardziej skomplikowane koncepcje tliły się w głowie Martina Gore'a na etapie, kiedy jeszcze uczył się raczkować.

Ale nie to jest najgorsze. Nie będę w końcu tłumaczył wszystkiego tym, że miała być elektronika, a nic z tego nie wyszło. Najgorszy jest po prostu żenująco niski poziom nowego materiału. Myślałem, że Maleńczuk nie jest w stanie nagrać gorszej płyty od wydanego cztery lata temu Pana Maleńczuka (który to album i tak był w większości jedynie zbiorem wczesnych akustycznych ballad, dziełem funkcjonującym troche na własnych prawach), a jednak udało się. Czy było to trudne do osiągnięcia? Nie wiem. Czy jest to trudne z punktu widzenia słuchacza? Jak najbardziej. Szalenie ciężkostrawne. A jak poważna to kwestia wiedzą wszyscy ci, którzy od dłuższego czasu śledzą poczynania artysty. Poprzednich płyt Maleńczuka słuchało się z wielką pasją i zainteresowaniem. Czytało się teksty, delektowało poczuciem humoru. Publiczne wystąpienia krakowianina stanowiły jakby mini-święto. Trudno się oprzeć wrażeniu, że to już nie jest ta sama postać, ta sama indywidualność. Przysięgam, że gdyby nie powinności względem serwisu, po Ande La More sięgnąłbym raz, ewentualnie dwa razy w życiu. Smutne, chociażby dlatego, że na przykład Moniti Revan, czy Homo Twist znam praktycznie na pamięć.

Tym razem nie będę wspominał o najmocniejszych punktach omawianego albumu. Z bardzo prostej przyczyny: na tej płycie nie ma ani jednego dobrego utworu. Za to dużo jest fragmentów złych, właściwie bardzo złych. Weźmy chociażby dwie pioseneczki, zaśpiewane z towarzyszeniem samej tylko gitary akustycznej – "Twarze Przy Barze" oraz "Ande La More". Obie można spokojnie postawić obok dokonań tych wszystkich żałosnych rosyjskich bardów, śpiewających o wódce, smętnej rzeczywistości i tym podobnych. Co się dzieje... Przecież Maleńczuk, był jednym z kilku polskich artystów, którzy potrafili z pastiszu zrobić dzieło sztuki, w charakterystyczny, żartobliwy sposób przedstawiając bardzo poważne zjawiska społeczne. Swoim błyskotliwym dowcipem kompromitował całe zastępy Piersiów, Big Cyców i wszystkie inne zespoły z biustem w nazwie.

Pod kategorię nieudanych żartów podchodzi także "Praca Na Saxach", opowiadająca o ciężkim losie emigrantów. Musze przyznać, że takiej piosenki na pewno nie powstydziliby się sami T-raperzy Znad Wisły, chociaż refren bardziej przywołuje ma myśl twórczość Pawła Kukiza wraz ze wspomnianą kapelą Piersi (ale nie pytajcie skąd to wiem). Mało śmieszne po prostu. Gdzie podziały się jedyne w swoim rodzaju, błyskotliwe teksty? Nawet te słynne maleńczukowe przypowieści w rodzaju "Kos I Mos" nie robią najmniejszego wrażenia. Jakby tego było mało, Ande La More okazała się płytą niewyobrażalnie wtórną. W prawie każdym utworze można doszukać się autoplagiatu. Maleńczuk powtarza melodie i harmonie głównie z ostatnich Püdelsów, a także swojego pełnoprawnego solowego debiutu. Zarówno spokojna pieśń "Miłość", jak i wymienione już wcześniej "Twarze Przy Barze" są niemalże żywcem wyjęte z Pana Maleńczuka. Z kolei dwunastominutowa, nudnawa "Potęga" wydaje się być odpowiednikiem tych rewelacyjnych mrocznych historii, nawiązujących do powieści grozy, znanych z Psychopopu (vide "Lucyfugus").

Długo można by wymieniać wszystkie wady nowej płyty Maleńczuka. Nie będę jednak znęcał się nad artystą, którego, mimo wszystko, darzę ogromnym szacunkiem. Ale tym razem nie pokuszę się o standardowe zakończenie w postaci wyrażenia nadziei na rychłe przebudzenie byłego lidera Homo Twist. Po wysłuchaniu Ande La More po prostu w to nie wierzę. Szkoda, trzeba będzie przyzwyczaić się do nowej sytuacji - jedna z najważniejszych postaci polskiego rocka lat dziewięćdziesiątych przestaje się liczyć na scenie, wchodzą młodsi. Wzruszając ramionami powtórzmy więc za Tymem: "Zmiany... zmiany".

Michał Zagroba    
25 kwietnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie