RECENZJE

Maki I Chłopaki
Dni Mrozów

2012, Thin Man 6.4

WK: "Może stoję w miejscu, ale Ziemia się kręci" – zdanie wycięte ze znanych już pięć lat temu "Alabatrosów" dobrze ilustruje cały debiut Maków. Piosenki o glanach i barmanach, o poczuciu małomiasteczkowej ciasnoty, w której jednak drobne rekwizyty budowały prawdziwe mitologie, a spacer łąką zastępował znane z książek i filmów peregrynacje, bo przecież w tym łażeniu "w tę i z powrotem jak hobbit", było coś "magicznego jak Gandalf". Na tle szerszej panoramy i wypchanego doświadczeniem bagażu te minione rzeczy powinny nudzić, ale przemykające pomiędzy infantylno-nieznośną grabażowszczyzną (która miała jakieś swoje drobne tryumfy: "Masz karabin zamiast gitary, ja kieszenie pełne czereśni, hej hej…", no a dalej już słabo), a infantylno-uroczym collegowym punk rockiem z piętnem kraju, w którym college to koledż, liryki Dni Mrozów skłaniają do powtórzenia starego pytania: gdzie się podziały zeszłoroczne śniegi, a gdzie prywatki? "Nie jestem zmęczony, lecz wracam do żony", tym zabawnym akcentem piękni trzydziestoletni lokują się na osi wspominanie/przemijanie i fajnie, że raczej optymistycznie mrugają do nas przy tym okiem, nawet jeśli gdzieś w kąciku kręci się przysłowiowa łezka. Bo chociażby Chłopaki odebrały dziś świadectwo, nie było to świadectwo zupełnej dojrzałości. U mnie zbierają za to dobrą ocenę.

RG: Jest taki moment w rozwoju młodego człowieka, że wszelkie afirmacje beztroski, młodości i gitary trafiają mocniej w serce niż parę chwil przed czy po tym stanie. Muzyka Końca Lata z kumplami wokół z Thin Man chyba za swoją misję przyjęli tworzenie soundtracku dla wszystkich młodych zaczynających, mających dopiero zaczynać czy też często myślących o zaczynaniu. Dni Mrozów brzmi jakby było tworzone w samym epicentrum takiego podniesienia emocjonalnego, bo małomiasteczkowe proste piosenki o całowaniu się przez ani jedną sekundę nie próbują zmienić swojej oczekiwanej wymowy. Ciężko tutaj ze swawolą wystawiać na pewniaka jakąkolwiek ocenę, bo odbiór długo wyczekiwanego debiutu Maka z Chłopakami zależy po prostu od tego, ile masz lat.

Można za to zaobserwować pewne pewne plusy i minusy mniej więcej zawężające przedział oceny, jaką można wystawić płytce. Rok temu na koncercie Muzyki Końca Lata, wtedy kiedy ogłoszono pierwszą-pierwszą datę premiery Dni Mrozów, podsłuchałem rozmowę pewnego bywalca z die hard fanem Maków o tym, że chłopaki w żaden sposób nie wyrobią się przed terminem, bo nie mają po prostu wymyślonych piosenek. Nie wiem, czy ich ktokolwiek naciskał czy przyspieszał w procesie tworzenia, ale przez tę plotkę można mieć wrażenie, że część materiału mogła powstać na szybko. Niektóre piosenki właśnie tak brzmią, wymiękając literacko i kompozycyjnie przy szlagierach takich jak "Albatrosy" czy "Glany". Wciąż jednak jednak Dni Mrozów mają tę swoją unikalną moc beztroski i skróty w niektórych miejscach w żaden sposób nie przeszkadzają, no bo kurde, to wciąż są świetne bigbitowe piosenki o zabawie w Złotym Lwie. Ja nie mogę oprzeć się urokowi!

Aha, strasznie mnie fascynuje bragga jaka przewija się w tekstach Makiego, bo przy mocnych staraniach może się skojarzyć z jakimiś nawijkami do bitów. "Zacznij kręcić biodrami, bo dziś gra Maki z Chłopakami"? No kaman!

MH: Spoko są chłopaki. Liryka spod znaku plecaka i gitary to wydawałoby się bezdyskusyjny samobój, ale nie. Gdzieś na styku bigbitu i nowego indie, którego popularność u nas spłodziła tyle przeciętnych zespołów śpiewających po angielsku, odnaleźli się Maki I Chłopaki z prowincjonalnego miasteczka, przesiąknięci dramaturgią licealnych doświadczeń i naiwnej optyki. Gdy Biernat śpiewa, to dobrze mi się słucha. Czasem jest ślisko, bo rymy nie te, ale ogólnie przebija się tu przekonująca mnie świadomość wykonawcza. Tak się gra muzykę harcerską nie popadając w harcerkę.

ŁK: Nie zgodziłbym się z twierdzeniem, że Maki I Chłopaki grają dla "młodych zaczynających". Raczej dla tych o dekadę od nich starszych i ciągle nieustawionych w życiu. Teksty przypominają mi o frustracji, niespełnieniu i byciem wiecznym 17-latkiem, o których śpiewali Wrens. "Panowie z radia, panie z telewizji chcą, żebym czuł się jak kosmita. Tu nikt nie rozumie chłopaków z gitarami" – te słowa z piosenki "Ibiza" są dla Dni Mrozów kluczowe. Ile tu jest w ogóle piosenek, w których nie pojawia się słowo gitara?

Swoją drogą to Biernat na gitarze gra bardzo fajnie. Znów odwołam się do amerykańskich zespołów niezależnych z lat 90. (a nie wykonawców bigbitowych) – gitary momentami przywołują vintage'owe Pavement i Built to Spill. Gorzej za to z bębnami, co słusznie zauważył Piotrek Kowalczyk. Jednostajne rock'n'rollowe rytmy (powiedzmy, że to może być ten element bigbitu) szkodzą materiałowi, który nie może osiągnąć pełnego potencjału. Tak jak singiel "Cash", który po pełnej napięcia zwrotce ze świetnym riffem siada w refrenie przez kwadratowe bębnienie.

Ale "Dni Mrozów" to i tak bardzo dobra, a w najlepszych momentach kłująca w serce płyta.

Łukasz Konatowicz     Wawrzyn Kowalski     Michał Hantke     Ryszard Gawroński    
5 lipca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie