RECENZJE

Majesticons
Beauty Party

2003, Big Dada 7.1

Pamiętacie, jak w zeszłym roku zachwycaliśmy się Blackalicious? To właśnie przy ostatnim krążku duetu bujaliśmy się całe zeszłoroczne lato. Na samą myśl o tej płycie ciśnie mi się na usta jedno wielkie "YO!", a łapska podnoszą się w górę. Okazało się, że i w roku 2003 przytrafi się zachodniemu hip-hopowi album, pod którego znakiem będą stały wszelkie letnie groovy, jakie uda nam się załapać. Majesticons to wprawdzie szaleństwo na mniejszą skalę, ale nie przesadzajmy z wymaganiami, Blazing Arrow może być chyba tylko jedno.

Najfajniejsza na Beauty Party jest jej lekkość, szybkość z jaką wyciąga ze sztywniackich jeansów i nienajlepszego nastroju. Nie trzeba być osłuchanym, nie trzeba się w ogóle znać na hip-hopie, by po pierwszym pomysłowym motywie (a jest tu ich spora ilość) wyluzować członki. A o to przecież chodzi. Sprawę ułatwia częsta obecność dobrych melodii, których brak zawsze mi w takiej muzie przeszkadzał. Jaka przyjemność z bitu, wypluwanego w jak najszybszym tempie tekstu i, prymitywnego często, podkładu? Nawet zresztą, gdy wszystkie te elementy są porządne, ich połączeniem ciężko się podjarać. Majesticons zdają sobie z tego sprawę i swoje kawałki od czasu do czasu raczyli urozmaicić melodiami, które najzwyczajniej w świecie mają chwytliwe.

Pierwszych trzydzieści siedem sekund Beauty Party to jak dla mnie jeden z najlepszych openerów tego roku: mający swoją moc wezwania (rozkazy!) do podniesienia rąk, zakończony rozdzierającym krzykiem, zdaje się zapowiadać niezłą zabawę. Na początku pociągnięty jednak został wątek wydarcia się, a nie ruchów górnych kończyn – wokal drugiego "Piranha Party" (w tytule każdego kawałka z tej płyty znajduje się słowo "party") przypominać może "Plus I Minus" czy też "Moją Obawę" z kultowego debiutu Kalibra 44. Do tego niepokojący, dużej rozpiętości bit oraz mroczne bzyczenia i robi się niespokojnie. Później okazuje się, że Majesticons często starają się – z dobrym efektem – nadać temu, co określiłem właśnie jako niepokojące i mroczne, charakter pozytywny, umieszczający zdecydowanie ich muzykę pod tabliczką "groove".

Nie należy jednak spłycać Beauty Party do płyty imprezowej, bo nie jest ona tylko takową. "Brains Party", utwór piąty, ma refren niemal nostalgiczny. Może zwariowałem przez nadmiar nauki ostatnio, ale te klawisze i (jakże świetna zresztą!) melodia przywołują mi wyobrażenie pogrążonej we mgle łąki przed domem mojej babci, a nie kręcących tyłkami lasek w bikini. I znów zaskoczenie już po kolejnych czterech minutach, bowiem w "Luv Thief Party", w okolicach 2:22, wyłania się nagle cierpiący, za kimś tam tęskniący, kobiecy głos. Melodia znów wysokiej jakości; cóż z tego, że tekst raczej nie na wznoszący temat? Na szczęście płyta nie przeradza się w miks hip-hopowej aranżacji z ckliwą, przypisaną przecież raczej rockowi, warstwą liryczną; nie zaczynałbym wtedy tej recenzji od przywołania Blackalicious. Smutny rap, eh? Dwa kawałki: spoko. Cały krążek? Majesticons mają łby na karku i w dalszej części albumu jest już wesoło, rozluźniająco. Nawijki, melodyjki, bicik.

Jak wspominałem na początku, Beauty Party jest lekka, co z jednej strony ułatwia nam zaprzyjaźnienie się z nią, z drugiej jednak skraca czas trwania tego związku. Krążkiem nie tak trudno można się znudzić, tylko część piosenek utrzymuje polot i świeżość na długo. Przyjrzyjmy się jednak takiemu Under Construction Missy Elliott: ile czasu zajmuje wkręcenie się w tę płytkę? Sporo. A na jak długo starczy? I tu Majesticons górą. Mówię wam zresztą, te wakacje należą do nich właśnie.

Jędrzej Michalak    
13 czerwca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie