RECENZJE

Magnetic Fields
i

2004, Nonesuch 6.8

Postać Stephina Merritta. Jego postać. Pragnę nieśmiało zauważyć, że na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat facetowi nie trafiła się ani jedna słaba kompozycja i, zwłaszcza, ani jeden słaby tekst. "Nieogarniam". Co więcej, na liczony w setkach dorobek piosenkowy zdarzyło mu się parę spośród najmądrzejszych i najcelniejszych. Raz na zawsze, gdy pod koniec Charm Of The Highway Strip, bodaj esencjonalnego dla fonografii dzieła drogi, wypowiedział zdanie "I don't care what people say, life is too short", prywatnie uznawane przeze mnie za zdanie wszechczasów, Merritt zdystansował konkurentów do księgi cytatów. Filozoficznej, stoickiej twórczości obdarzonego pół zlęknionym, pół ironicznym wzrokiem artysty obce są główne nurty rozrywki. Merritt dotyka spraw ważkich i trudnych, ale robi to w stylu, jaki raczej nie zna precedensu: wprost, cynicznie i bezczelnie. Efektem są sentencje eschatologiczne, które zabierzecie do grobu. Zimny, algebraiczny, gęsty synth-pop z elementami pełnej historii gatunku uzupełnia je tajemniczo wrywającymi się w mózg anty-hookami, zachwycającymi szczytem elegancji.

Na nowym, wyczekanym pięć lat od ekstrawagancko kolosalnego, trzypłytowego, ślicznie wydanego cyklu 69 Love Songs i estetycznie stanowiącym (jeśli tylko szatą graficzną) jego kontynuację albumie i (tytuł każdego tracka zaczyna się od tej literki), Merritt dalej eksploruje tematykę nieuchronnego przemijania i bada odkrywcze metody oznajmiania prawd finalnych. On wie, że wszyscy kochamy i wszyscy umieramy, a w kolejnych odcinkach opowieści znajduje świeże środki przekazania braku sensu. Zaskakująco solidny materiał konstytuują typowe dla Magnetic Fields, pozornie lekko rozlazłe, a w rzeczywistości zwarte i nasycone treścią pieśni. Muzycznie, krążek znowu bazuje na akustycznym, tradycyjnym instrumentarium ("no synths", widnieje we wkładce) i aktorskim, zmęczonym głosie Stephina, budząc kameralny, dostojny powiew lekkości. Banjo urozmaica refren w dziwnie pozytywnym, choć tęsknym singlu z 1998, "I Don't Believe You". Syntetyczny chłód bije z gejowskiego hymnu "I Thought You Were My Boyfriend". Krótka, wzruszająca ballada "Irma" zachwyca bogactwem subtelności aranżacyjnych wtrętów.

Wciąż, liryki kradną przedstawienie, bez wątpienia. "I die when you walk by, so beautiful and strong". "I was born – I hate this part". "I wish I had an evil twin / My evil twin would lie and steal / And he would stink of sex appeal". "My mama said to me: Love is funny, you will laugh till the day you turn three". "Your face surrounds me like a kaleidoscope's nightmare". "Why would I stop loving you a hundred years from now? / It's only time / It's only time". Właściwie mógłbym przepisać całą książeczkę. Koncepcyjnie, Holiday było o wakacjach, Charm o podróży, a 69 Love Songs o seksie, więc i jest o egoizmie. Precyzyjnie zaś, wszystkie są o śmierci. Niczym wielcy poprzednicy, królowie inteligentnych i dojrzałych popowych tekstów, Merritt pokazuje, że czasem ostrożny leksykalny minimalizm wystarcza, by wyrazić najbardziej złożone, wstrząsające myśli i uczucia, jakie nawiedzają człowieka w ciągu całego marnego żywota. Przy nim gro pozostałych rockowych autorów wydaje się po prostu zbędnych. Bo weźmy dwuwers kandydujący do miana dwuwersu roku: "It's all black and white / Without the white".

Borys Dejnarowicz    
8 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie