RECENZJE

Madvillain
Madvillainy

2004, Stones Throw 8.0

Madvillainy jest fructum bezbłędnej interakcji wiodącego alternatywnego producenta Madliba, z Papieżem undergroundowego murzyńskiego rymotwórstwa, MF Doomem, najbardziej w tym roku oczekiwaną w kręgach amerykańskiego niezal-rapu kolaboracją, która z powodu przecieków do file-sharingu obrosła legendą już na miesiące przed datą oficjalnej premiery. Jak zwykle, oczekiwania były zbyt wielkie i psują tylko radość z delektowania się tą wyborną płytą, prezentującą poziom raczej niedostępny w tym roku dla żadnych innych twórców ambitnego hip-hopu. Nieznośnie przerośnięty apetyt branży przyprawił jednak i mnie o chorobę, mieszane z początku uczucia i postawił kwestię oceny zasupłaną do dziś niczym węzeł gordyjski. Mimo to zapewniam Was, że gdy wreszcie odłożymy na bok przesądy i damy Madvillainy trochę czasu, to płyta odwdzięczy się nam w dwójnasób, ujawniając swój olśniewający potencjał.

Problemów jest więcej. W głowie się nie mieści, jak MF Doom może być w tak dobrej dyspozycji, aby w przeciągu niespełna roku, zmieniając maski i pojawiając się jako King Geedorah, Viktor Vaughn i wreszcie Madvillain, wydał trzy zajebiste płyty? W celu wyjaśnienia tego fenomenu należałoby się odwołać do astrologów, różdżkaży, wyjątkowej koniunkcji planet i mamrotania Kaszpirowskiego. Być może nawet biorytm Daniela Dumile aka Metalface skoczył tak, że wywalił dziurę w suficie; a że mieszkał nad nim klasowy beatmaker, zaowocowało to współpracą artystów (w końcu nie ma to jak zlecieć z konsoletą w środek czyjegoś salonu). Nawet jeśli to zjawisko uznamy za wyjaśnione, to mnożą się w głowie kolejne pytania: dlaczego nie wystawili Dooma zamiast Phelpsa na olimpiadzie w Atenach?

Właśnie: yo ziomy, sprawdźcie jego flow. Może nie płynie z szybkością kraulisty, ale za to jest zajebisty – znak rozpoznawczy tego emce to chrypiejący, zmętniały, zadymiony, zdarty głos, wypluwający zsynchronizowane z beatem potoki krótkich sylab. Posłuchajcie choćby jego wyczynów w dwóch pierwszych minutach kawałka "Figaro", a zrozumiecie, na czym polega kunszt klejenia rymów na początku XXI wieku. Lirycznie MF Doom buduje bogate, poetyckie ciągi skojarzeń, wyprzedza naszą percepcję nieoczekiwanymi rymami ("Spit so many verses sometimes my jaw twiches / One thing this party could use is more... ekhem... booze"), oraz konstruuje piętrową schizofrenię, jak w "Fancy Clown", gdzie Vaughn rapuje gościnnie na płycie Madvillaina o tym, że skopie tyłek Metalface'owi (kolejne alter-ego Geedory), który najwyraźniej przespał się z dziewczyną MF Dooma. Chwileczkę, podobnie jak Wy zgubiłem wątek, przypomnijcie o co mi chodziło? Może o podkłady drugiego członka duetu?

I tu jest o czym rozprawiać: word up homies, strukturalnie, podkłady Madliba stanowią mieszankę podrasowanych beatem, jazzowych standardów (podobnych do tych, które zaprezentował na zeszłorocznym Shades Of Blue) i filmowych spy-anthemów (pomyślcie o amerykańskich serialach policyjnych z lat siedemdziesiątych), wzbogaconych o elementy futurystycznego brzmienia à la Timbaland. Następnie ta talia dźwięków jest tasowana samplowanymi urywkami filmowych dialogów w stylu King Geedorah, który przejmując wspomnianą technikę (wywodzącą się genetycznie z Enter The Wu-Tang), dopracował ją do perfekcji. Co powiecie na swingujący, drżący bas na tle dzwonków, kastanietów i ukulele połączony z podciąganiem strun wiosełka w "Meat Grinder" czy kultową zagrywkę gitary w "America's Most Blunted"? A genialne, podniosłe instrumentale o rockowo-jazzowym rodowodzie w rodzaju "Sickfit" czy "Supervillain Theme"? Nie dość, że Madlib już w rozdaniu ma świetne karty, to jeszcze wyciąga z rękawa kolejne asy, zachwycając gęstością i głębią faktur, z której wprawny (lub nastukany) słuchacz może czerpać pełnymi garściami nawet po kilkunastu przesłuchaniach. Właśnie słucham Madvillainy po raz trzydziesty i dokonałem odkrycia kolejnego sampla w jednym z kawałków!

Odmiennie niż Dizzee Rascal, który w zeszłym roku stworzył porażająco oryginalny styl nieporównywalny z niczym, co słyszeliśmy wcześniej, MF Doom i Madlib czerpią garściami z dokonań pokoleń amerykańskiego hip-hopu, przetapiając szczytowe osiągnięcia poprzedników w oryginalną kreację. Podejście to, choć mniej nowatorskie, jest równie owocne; do tego stopnia, że od Madvillainy trudno się oderwać. Hej, znowu mnie wessało! Do zobaczenia w następnej recce!

Tomasz Gwara    
6 września 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy