RECENZJE
Madonna

Madonna
Rebel Heart

2015, Interscope 5.1

Chyba już jedynie u nielicznych kontakt z nową płytą Madonny wywołuje pytanie: kim dziś jest Madonna? Czy to już tylko obwoźny cyrk i trasy koncertowe reklamowane nowymi bezwartościowymi płytami, czy może wciąż jeśli nawet nie artystka szczególnie istotna, to przynajmniej barometr stanu popkultury? Mało kto chyba bierze pod uwagę to, że Madonna może dzisiaj robić rzeczy ekstrawaganckie lub chociaż ciekawe. Na pewno nie po jej dwóch ostatnich płytach, nie tylko desperackich w pogoni za wczorajszymi trendami, ale też wypełnionych słabymi piosenkami.

Tymczasem w ostatnim wywiadzie, którego udzieliła Pitchforkowi, zwierza się, że nie jara jej dzisiejszy pop, a najchętniej zagrałaby skromne, akustyczne koncerty. Można się tylko zastanawiać, czemu tego nie zrobi. Być może tego typu deklaracje jedynie ciekawie wyglądają w hipsterskiej prasie. W praktyce brzmi to trochę jak przejście na emeryturę, a wciąż jest dla niej dużo kasy w tym biznesie. Ale jednak – jeśli chce, to czemu nie? W końcu kto, jak nie ona, może pozwolić sobie na zdecydowane, odważne kroki? Po co taka asekuracja i łapanie się młodszych kolegów i koleżanek, jak ostatnio JT, Nicki czy M.I.A. Ktoś powie, że stara i nie ogarnia, ale nie kupuję tego – nie wypominam wieku Moroderowi czy Rodgersowi (btw co za era świetnych popowych powrotów!). Może jej to już po prostu nie interesuje? Drażni mnie bezcelowość jej muzycznej kariery w ostatnich latach. Może zbyt duże znaczenie przypisuję jej niektórym płytom, które wcale nie zmieniały mainstreamu o 180 stopni. Ale nie powiem też, że Erotica czy Ray of Light były albumami bezpiecznie skalkulowanymi na sukces.

Gdy czytałem ten wywiad, trochę się złoszcząc, umknęło mi, że Rebel Heart wcale nie jest bezpiecznym i nijakim albumem. Jest nawet płytą zaskakującą i właśnie nieco ekstrawagancką, nawet jeśli nie zawsze podoba mi się kierunek, w którym zmierza.

Już "Living For Love" to nie tak zupełnie taśmowo produkowany EDM, lecz jej najbardziej nośny numer od czasu "Sorry". Nieskomplikowany pod względem harmonicznym (eh, ten nieśmiertelny kanon Pachelbela), lecz bezlitośnie chwytliwy. House’owe staby, akcent na drugim beacie, wznoszące się i opadające melodie, głęboki subbass – to kawałek zrobiony na zasadzie "tańcz, kurwo!", ale jednak z precyzją i klasą. Drop przyjemnie oscyluje między ciężkim beatem a wzniosłą, pełną życia linijką "Love’s gonna lift me up". Takich kontrastów jest na tej płycie zresztą o wiele więcej.

Prawie każdy album Madonny zwykło się opisywać przez pryzmat producentów, nieco ignorując fakt, że ona sama była i jest na nich głównym songwriterem. Tym razem sprawa jest nieco trudniejsza, bo lista autorów przy każdej piosence jest dość długa, a jedynym twórcą pojawiającym się w każdej jest właśnie Madonna. Cały zespół jej pracowników szlifował jednak spójne dla całości brzmienie. To są ogólnie proste piosenki – niemal nigdy nie wykraczające poza ograne progresje czterech akordów, powtarzanych przez cały utwór. Jednocześnie produkcja jest dość dziwna – wszystko brzmi płasko, każdy dźwięk jest jakby bardziej perkusyjny niż melodyjny.

Pewne jest to, że najmniej interesujące są utwory, w których palce maczał Avicii. Zaskakuje trochę, że wziął się za raczej spokojne kawałki. Mdłe, folkowate ballady "HeartBreakCity" i "Wash All Over Me", a tym bardziej przypominające jednocześnie "Wake Me Up" (brr) i American Life (brzmieniowo najbardziej pokrewny Rebel Heart album) "Devil Pray", nie wzbudziły mojego entuzjazmu.

Tylko trochę ciekawiej wypadają produkcje Diplo. Poza wiodącym singlem, Diplo stoi tu za dość chujowym reggae w "Unapologetic Bitch", brzmiącym jak wszystko i nic anonimowym "Hold Tight" i "Bitch I’m Madonna". Spędziłem sporą część czasu, repeatując ten ostatni, wariując przy zwrotkach zmajstrowanych przez Sophie i wkurwiając się na najbardziej banalny drop, jaki mógł wyjść spod ręki Diplo, aż nauczyłem się nie wkurwiać. Brawa za spartolenie najlepszego numeru, pod którym się podpisałeś.

Wielokrotnie udziela się niejaki Toby Gad, kompozytor wcześniej mi nieznany, choć mający na koncie kilka dużych hitów. Tu nie ma zasady, bo Gad wymieniany jest też wśród autorów produkcji Diplo. Lepiej pójść tropem ściśle współpracujących z Kanye MoZellą, która swoje zrobiła u Miley i Tinashe, oraz Symbolyc Onem (m.in. Beyonce). Mają całkiem niezła średnią. To oni, mimo potknięć, zmajstrowali numery, do których najchętniej wracam.

Na przykład "Illuminati" – to taki Yeezus na popowo. Nie dziwi mnie, że to właśnie w tym numerze poprodukował też trochę Kanye. Dość niewielkie środki wystarczyły na ciekawe efekty – przełamanie brudnego basu, przesterowanych dźwięków i statycznego quasi-rapu relaksującym, chwytliwym pseudorefrenem. To dość imponujące, szczególnie w porównaniu z wersją demo, niby bardziej energiczną, a bez tej siły rażenia.

"Iconic" to jeden z tych kawałków, który zmierza kompletnie nie tam, gdzie powinien. Ma być może jeden z najwspanialszych EDM-owych przedrefrenów, jakie kiedykolwiek napisano. Ale potem nie ma refrenu. Nie i chuj. Ja lubię refreny, tak się nie bawię. To tak, jakby ktoś ci obiecał tort, a dał gumę do żucia. Dziwne, ale z tego niespełnienia można nawet wyciągnąć dla siebie odrobinę satysfakcji. Na pociechę jest fajny mostek od Chance The Rappera.

Prawie każdy z utworów tego duetu eksploruje tematykę, która u dzisiejszej Madonny mocno mnie denerwuje – nachalną mitotwórczość. Efekt jest... zaskakująco fajny. Madonna tak wiele razy nawet nie tyle balansuje na krawędzi, co popada w śmieszność, że aż jest w tym jakiś kampowy urok. "Madonna, life is so crazy / You've been through a lot / I'll tell you stories sometimes, y'know?" zaczyna Nas w bonusowym "Veni Vidi Vici". Niby rapując, Madonna opowiada historię swojej kariery, w stylu, w jakim zwykło się o niej pisać (słynne "So what?”, etc.), czerstwo namecheckując swoje hity. "I opened up my heart, I learned the power of good-bye / I saw a ray of light, music saved my life" – słabe, co? #MnieŚmieszy. Tylko że potem dostajesz słodki gitarkowy refren. Siła absurdalnego kontrastu jest podwójna – bo czy właśnie w tym niby-wulgarnym, patetycznym rapie i lekkim popowym refrenie nie tkwi esencja tej postaci?

Można tak jeszcze przez kilka akapitów przyglądać się tym prostym, ale jakoś frapującym piosenkom – "Holy Water" to na przykład doskonały outtake z Love Angel Music Baby, a "Joan Of Arc" (tej samej ekipy co trzy wspomniane wyżej utwory) to chyba najładniejsza, a zarazem najzwyklejsza piosenka nagrana przez Madonnę od lat. To, że wciągnąłem się w tę płytę, zaskoczyło mnie samego. Nie mógłbym oczekiwać od Madonny w 2015 roku wiele więcej.

Kamil Babacz    
24 marca 2015
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie