RECENZJE

Madonna
MDNA

2012, Interscope 2.7

Gdybym był złośliwym figlarzem, to recenzję tego albumu mógłbym właściwie zamknąć parafrazując skandowany refren pierwszego singla zwiastującego ten wybryk: "G-Ó-W-N-O, Madonna". Ale nie jestem, więc pocisnę z tematem konkretniej, tym bardziej, że dywagacji na temat kondycji współczesnego popu nigdy dosyć, prawda?

Zacznijmy zatem od najbardziej oczywistych konstatacji, do tego stopnia pewnych, że o ich prawdziwości wiedzieliśmy mniej lub bardziej świadomie na długo przed premierą tej płyty. Czy naprawdę powrót do nagrywek na dużą skalę z Williamem Orbitem zapowiadał się jako ten długo oczekiwany powiew świeżości w skostniałych realiach pop-świata? Czy ktoś z czytających ten tekst wizualizował sobie poczciwego Benny'ego Benassiego na białym koniu w roli wizjonera rozkręcającego rewolucję? I wreszcie czy Martin "Weź Kurwa Zostaw Tę Konsoletę" Solveig naprawdę miał jakiekolwiek szanse przedstawić nam receptę na wszystkie palące problemy popu ostatnich lat? Powiedzmy sobie szczerze – te pomysły już na papierze wyglądały karkołomnie i po prostu nie miały prawa wypalić, nie było na to nawet cienia szansy.

Innym (może nawet ważniejszym) problemem jest to, że po raz kolejny okazuje się, że te wielkie postacie, po których tak wiele się spodziewamy, często są zwyczajnie oderwane od rzeczywistości. Nie wiem co robi dziś Madonna na co dzień, ale na pewno nie interesuje jej to, co dzieje się w popie. Zresztą to nic nowego – przypominam, że mówimy tu o artystce, która istnienie Timbalanda i Neptunes odnotowała w drugiej połowie poprzedniej dekady. W tym tempie "ogarniania rzeczywistości" kolaborację z Kurstinem przewiduję w okolicach 2025 roku – kto wie, może do studia zaproszony zostanie również niedosłyszący już Nakata, niczego bym tu nie wykluczał.

O tym, że kolejne albumy Madonny z ostatnich lat to mniejsze lub większe kurioza też nie trzeba chyba nikogo przekonywać. "Królową Popu" jest dziś tylko przez zasiedzenie tronu, dzięki ciągnącej się za nią renomie z lat osiemdziesiątych i – żebyśmy się dobrze zrozumieli – ja się na to nie obrażam, jak się nagrywa albumy tak wybitne jak pierwsze cztery pozycje w jej dyskografii, to splendor i chwała są naturalnymi konsekwencjami, ale wszystko powinno mieć swoje granice. Amerykanka zamiast robić to, co Królowa robić naprawdę powinna – wytyczać nowe trendy, odważnie eksperymentować, promować mniej znane producenckie talenty – kolejny raz nagrywa album będący efektem bezdusznych kalkulacji, zachowawczy aż do porzygania.

Wybór najgorszej rzeczy na MDNA to ciężka sprawa – przyparty do muru wskazałbym chyba "Gang Bang", prymitywne zarówno w tekście (sam tytuł – …), jak i w muzyce, która odstrasza wszystkim, z obowiązkowym ostatnio "dubstepowym mostkiem" na czele. Ale jest w czym przebierać – zjadanie własnego ogona w "I'm A Sinner" również nie daje się słuchać, bo brzmi jak marna podróba "Beautiful Stranger". Generalnie wszystkie numery z "potencjałem klubowym" do niczego się tu nie nadają, więc w przedziwny sposób na tym tle broni się delikatniejsza końcówka płyty, ale i tak są to rzeczy jedynie w porywach zahaczające o przeciętność.

Tylko w jaki sposób ma być dobrze z Madonną, skoro cały świat upewnia ją w poczuciu własnej zajebistości? Najmniejsze pretensje mam tu do Nicki Minaj, która wprawdzie niemiłosiernie słodzi jej w "I Don’t Give A", ale i tak swoją zwrotką wyciąga ten numer z rejonów szlamu. W sumie to nie jest tak, że jestem jakoś MDNA strasznie rozczarowany – to właściwie *dokładnie* taka płyta jak można było przypuszczać. Benny Benassi i Martin Solveig "dwoją się i troją", ale pewnego poziomu po prostu nie są w stanie przeskoczyć, podobnie jak podstarzały William Orbit i sama główna gwiazda, która poza kolejnymi widowiskowymi retuszami w photoshopie nie jest już w stanie niczym zaskoczyć. Jaki pop, taka i forma królowej.

Kacper Bartosiak    
29 marca 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie