RECENZJE

Madonna
Hard Candy

2008, Warner 3.6

Madonna od dawna nie wyznacza już trendów w muzyce pop (optymistycznie załóżmy, że "Frozen" był epilogiem jej popkreatywnosci), teraz to trendy wyznaczają jej artystyczny wizerunek, mdły zresztą. Tym razem wznieca ona pozorowaną ustawkę Timba vs. Pharrell, ale jak się okazuje Justified jest tylko jedno. Hard Candy zdecydowanie bliżej do britney'owskiego Blackoutu, podobnie jak ostatni krążek Spears nowa Madonna próbuje z marnym skutkiem złapać kilka srok za ogon w konsekwencji czego męczy as fuck. Demiurgowie w liczbie trzech nie szczypiąc się wcale odwalili pańszczyznę, pani Ritchie bardzo udaje, że śpiewa, Timba bawi się w ksero ("Devil Wouldn't Recognize You" brzmi jak mash-up ''What Goes Around...Comes Around" i "Cry Me a River''), a Pharrell stroi sobie żarty z "La Isla Bonita" i chyba ze wszystkiego w "Spanish Lesson", gdzie absurd goni absurd, osiągając swój punkt kulminacji na wysokości 2:08 – 2:22, wooodyy. Z Hard Candy można się śmiać, można też na nie grymasić, co bardziej krzepcy mogą nawet tupać przeciw, ale słuchać tego (za często) to ja nie radzę.

Krytyka krytyką, ale nawet tu mamy błyskotki. Chociażby pod indeksem siódmym czai się wymuskane "Beat Goes On". To nie żart, to szlagier pełną gęba, co chwyta Chic-basem, mami dzwonkami i nie wypuszcza z discouścisku, nawet gdy wpada przejęty swoją rolą Kanye. Chcesz jeszcze? Mówisz i masz skondensowane "Dance2Night", które również puszcza niejedno oko w stronę Rodgersa , a ponadto oklaski, timberlakeizacja i wodzenie za nos. Lont się jakimś cudem zapalił, ale bomba nie wybucha, bo ktoś postanowił (a może to nieszczęśliwy wypadek przy pracy?) ugasić płomień marnym rozłożonym na trzy tracki quasi-epilogiem. Koniec gwoździem do trumny. Popmodernizm po kostki, a ja naiwnie oczekiwałem powodzi. A że tylko szort, no cóż jak Madonna tak Wojtek Bogu.

Wojciech Sawicki    
9 maja 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie