RECENZJE

Madonna
American Life

2003, Warner 0.7

Yup, dobrze widzicie. To jest recenzja Madonny, jej nowej płyty, i to jest nadal Porcys. Proszę nie regulować odbiorników.

Madonna była jedną z najważniejszych postaci w historii pop-kultury. Jej prowokacyjny, wyzywający image antycypował – wtedy gdy zaszczyciła medialny świat swoją obecnością w 1983 roku – całe dwie dekady female celebrities. Może to się wydawać niepojęte po dwudziestu latach, ale wcześniej nikt nie operował seksualizmem w sposób tak wymowny, nadając mu rangę marketingowego argumentu numer jeden, nieodłącznego elementu artystycznej kreacji, bezczelnej i bezwzględnej. Wciąż każda startująca wielką karierę dziewczyna z show-businessu chce być nią. Oczywiste, że Britney, Christina, Jennifer, Spice Girls, All Saints, ale też i pomniejsze gwiazdki jednego sezonu, są tylko współczesnymi nędznymi namiastkami Madonny. Haczyk polega na tym, że Madonna nie miała na kim się wzorować dosłownie: stworzyła swój ponadczasowy wizerunek od podstaw, sukcesywnie go modyfikując, od niegrzecznej, rozchełstanej panienki z sąsiedztwa, przez wyfiokowaną luksusową damę i ekstremalną dewiantkę, aż po modną, trendotwórczą osobistość salonów. Strukturalnie więc oceniając, jej znaczenie dla "kobiecego elementu" w masowej kulturze dwudziestego wieku jest niepodważalne.

Obiegowa krytyczna opinia na temat Madonny powątpiewa złośliwie: jak ktoś tak mało utalentowany wokalnie, muzycznie i aktorsko, ani nie powalający urodą, ani sylwetką, właściwie bez iskry geniuszu, osiągnął tak wiele? I choć wiele z tych zastrzeżeń mógłbym odrzucić, odpowiedź na pozostałe wydaje się prosta. W ciągu kolejnych wiosen swej intensywnej działalności, Madonna miała niewiarygodne wprost wyczucie do współpracowników: profesjonalnego sztabu specjalistów od PR, reżyserów legendarnych teledysków (idealnie uzupełniających całościowe oblicze) i producentów muzycznych. Ci ostatni zapewniali jej absolutnie perfekcyjną realizację, której, przyznajmy, nikt oprócz może Prince'a i Michaela Jacksona (Quincy Jones) nie przebił w komercyjnym popie aż do dziś; cztery albumy z lat osiemdziesiątych lśnią jako wzór studyjnej obróbki dźwięku, nowatorskiej, wyprzedzającej ówczesną szarzyznę; przy nich nawet mnóstwo obecnych hitów z MTV czy Radia Zet brzmi jak zacofane w rozwoju gówno. Jednak można się kłócić, że ogromnie ważną rolę odegrała sama Madonna, zawsze spadająca na cztery łapy, odnajdująca się tak w dyskotekowych, jak i balladowych klimatach, obdarzona cholernie plastycznym głosem, na pograniczu "słodkości" i "pikantności".

No i były konkretne piosenki, definiujące epokę w najdrobniejszych szczegółach, powleczone słynnym spogłosowanym echem, funkcjonujące dziś jako niedościgniony synonim kiczowatości. Dla kogoś opętanego wszakże obsesją melodii obcowanie z beztroskimi, słonecznymi hookami to rozkosz. Zczekautujcie niemożliwie kręcący pierwszy super singiel, plażowy "Holiday", gdzie drugi głos "It would be so nice" wydaje się być zdjęty z tęczy. Zakochajcie się w czymkolwiek z opus magnum wokalistki, pozbawionego wypełniaczy studium synth-popu Like A Virgin. Dajcie szansę dramatycznej, wcale nieoczywistej progresji "Papa Don't Preach". Rozmarzcie się przy latynoskim "La Isla Bonita" i zgadnijcie od kogo wasza ulubiona Geri Halliwell ściągnęła "Mi Chico Latino". A propos "girl power", rzućcie uchem na skądinąd wymiatający "Express Yourself" (linia "What you need is a big strong hand"!) i wniosek gotowy. Bez Madonny nie istniałoby żadne "girl power". Niech was zmiażdży zabójczy harmonicznie, oparty na jazzowych akordach "Vogue"; skojarzcie czarno-biały clip. Większość z tych klasyków zbiera The Immaculate Collection, choć i tam zdarzyły się ominięcia, jak brak wybornego teenage-popu "True Blue". To nic, że wszystkie z tych przebojów znacie doskonale z dzieciństwa; czasem mała kropla reminiscencji potrafi sprawić sporą satysfakcję, tym bardziej, że bieżący mainstream pop może się pocałować w dupę zestawiony z czymkolwiek opisanym powyżej.

Era błyskotliwości muzycznej niestety zakończyła się dla Madonny bardzo dawno. Praktycznie całe lata dziewięćdziesiąte stanowiły dla niej zmagania z ustaloną artystyczną wizją oraz próby zahaczenia o maksymalną liczbę konwencji. I z żadnej nie wyszła zwycięsko. Filmowy zestaw I'm Breathless nawiązywał do poetyki lat trzydziestych, ale najlepszy i tak był taneczny "Vogue". Siedemdziesięciopięciominutową, zimną, mechaniczną Eroticę uznawano za porażkę. Jej "ciepłe" dopełnienie Bedtime Stories wyglądało jak zwykła próba odzyskania słuchaczy, którzy odpadli przy poprzedniku. Trzyletnie milczenie i powrót w tytułowej roli musicalu Evita to nieporozumienie, wystarczy "Don't Cry For Me Argentina". I skomponował to Andrew Lloyd-Webber! Flirt z trip-hopem i nową elektroniką na Ray Of Light, zrozumiały dla tych, co wiedzieli o niegdysiejszej współpracy z Massive Attack, ponownie triumfował w sprzedaży, ale nawet William Orbit nie zdołał uchronić dziełka od przeciętności. Music zaledwie wykorzystywało popyt na nowoczesność Ray Of Light, lecz pseudo-klubowy beat kawałka tytułowego odstręczał od reszty na dobre. Żadna z piosenek promujących te płyty nie dorastała do pięt swoim przeszłym odpowiednikom. Fakt, że całą dekadę Madonna wyglądała zadziwiająco młodo, zupełnie do mnie nie przemawia.

Co przenosi nas do American Life, pierwszego krążka Madonny w nowym wieku. Refleksja nachodzi, że tak, jak po wieloletnich zawirowaniach z mężczyznami, po związkach z Seanem Pennem, Warrenem Beatty, Tonym Wardem, znalazła ona wreszcie domowe szczęście z Guyem Ritchie (zauważcie krąg filmowców), tak po godnych kameleona metamorfozach i upartej walce o komercyjny szczyt ostatecznie poczuła się spełniona, celebrując przy nektarze i ambrozji swoje supergwiazdorstwo i wspominany tu często "amerykański sen". Jednak ta poza rozpartej w zaciszu pieleszy królowej popu blednie przy akompaniamencie muzyki. American Life jest przypuszczalnie jej najsłabszą płytą w dorobku. Mogę ją spokojnie nazwać jedną z najżałośniejszych płyt autorstwa uprzednio respektowanego wykonawcy jakie znam. Wprawdzie już od Erotiki górę nad jakością muzyki brały skandale, otoczka i żądza popularności. Ale Ray Of Light i Music przynajmniej imitowały eksperymentację. Odpowiedzialny za Music francuski technowiec Mirwais winny jest połowicznie, w końcu Madonna sprawuje nad swoją twórczością całkowitą kontrolę? Każdy kawałek American Life jest identycznie nudny i jałowy. Więcej, każdy w tej jałowości jest identyczny, odkąd Mirwais nie potrafi zróżnicować monotonnego schematu aranżacyjnego. Pamiętając eklektyzm brzmieniowy True Blue i Like A Prayer łatwo dojrzeć w tym klęskę.

Artystkę pokroju Madonny powinno się dekodować na zasadzie singli: jej wybitne płyty dostarczały na tym polu ekscytujących atrakcji. Zerknijmy zatem na pierwszy, tytułowy singiel z American Life. Parkietowy, zgrzytliwy podkład syntezatora i nieregularny, irytujący start/stop beat ustępują po minucie miejsca akustycznej gitarze; po drugim refrenie oboje zrastają się w ohydnie trywialną konstrukcję. Ten patent miksowania żywego, "ciepłego" brzmienia akustyka z ordynarnymi, "brudnymi" rytmami nadaje ton całemu albumowi, jest jego lejtmotywem i zarazem główną pomyłką. Głos Madonny, zepchnięty gdzieś na dalszy plan, rozczarowuje zwłaszcza banałem melodycznym. Minimalizm linii w zwrotce, rzekomo podyktowany house'owymi okolicznościami, zawodzi stopniowo, aż do punktu nieznośności. Tym punktem jest rapowana wstawka przy 3:11. Jeśli nawijkę Solex z openera Low Kick And Hard Bop uznać za porcję najbardziej kreatywnego żeńskiego rapu w historii, to słowa "I got a lawyer / And a manager / An agent / And a chef / Three nannies / And a sister / And a driver / And a jet" swobodnie plasują się na szczycie odwróconej klasyfikacji: trudno o denniejszy przykład samozadowolenia w złym guście. Po stokroć wolę "They had style / They had grace / Rita Hayworth gave good face" z "Vogue". Tak fatalna Madonna może się spodobać chyba tylko czołowemu fanatykowi Madonny w Polsce, Markowi Niedźwieckiemu ("Niedźwiedź broni anteny"), notabene bossowi nad bossy.

Koincydentalnie wpadłem na Elizabeth i zmiękły mi kolana, więc będę się streszczał, bo mam chcicę na Low Kick. "Hollywood" eksploatuje już wypalony wzór akustycznego arpeggio pod prostym, wąskim bitem i płynnym basem; "piosenka" jako taka okupuje dolne rejony całej singlowej historii Madonny, choć w gronie beznadziejnie słabych towarzyszy z American Life prezentuje się całkiem przyswajalnie. Bondowski, smyczkowy "Die Another Day" przygnębia nieporadnością w zakresie tak fundamentalnym, jak prowadzenie kompozycji, wiecie, takie podstawy. Sporadyczne cięcia, ale nie w guście Prefuse'a, tylko raczej "zacięcia", "potknięcia" wokalu wydają się przypadkowe i niewskazane. Skoro fragmenty wybrane do pilotowania w radiu i telewizji są zapominalne, to jak skomentować resztę materiału? Przy całkiem pozytywnym nastawieniu znalezienie zajmującego hooku graniczy tu z niemożliwością; równie próżno szukać "groove'u". Naciągane smęty "I'm So Stupid" czy "Nothing Fails" kontynuują niemoc singli. I wszystkie zbudowano na zasadzie kamuflowania tej niemocy serią programowanych beatów. Jedną z umiejętności zdolnych producentów mainstreamu jest uwiarygodnianie przekazu za pomocą atmosfery nagrań. Mirwais (zresztą kontrybuujący Mark 'Spike' Stent też) w tej kategorii poległ; Nile Rodgers lub Patrick Leonard he ain't.

Ostatni zarzut: American Life nie jest nawet sexy! Wytyczanie kierunków w popie finito, czemu więc nie zapodać wtórnej, skrzącej, podniecającej, funkowo bujającej jazdy? Ktoś powie, że wiek nie pozwala, ale załóżmy się, czy za dziesięć lat Kylie będzie pobudzać? Mój typ: tak. Naprawdę, zamiast przeprodukowanej, męczącej American Life polecam wydaną niedawno reedycję Like A Virgin z bonusami.

Borys Dejnarowicz    
18 września 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy