RECENZJE

Madlib
Shades Of Blue

2003, Blue Note 6.3

Przed podjęciem tematu pod tytułem Madlib koniecznie należy zadać sobie jedno zajebiście ważne pytanie: kto to jest Otis Jackson Jr. i dlaczego uchodzi on za tajemniczą i prominentną postać hip-hopowego światka. Odpowiedź nie jest trudna – znacie drugiego MC, który szczyciłby się jednocześnie reputacją DJa, wybitnego producenta i prawdziwego multiinstrumentalisty? Drugiego producenta, będącego jednocześnie oryginalnym MC, poważanym DJem, muzykiem swobodnie grającym na wszystkim co wam przyjdzie do głowy i człowiekiem wymiatającym jeśli chodzi o wiedzę na temat korzeni czarnej muzyki? Gościa zakładającego fikcyjne bandy z całą misternie wymyśloną obsadą (różne, zupełnie poważne nazwiska dla każdego członka grupy), w rzeczywistości oczywiście jednoosobowe?

W tym roku Madlib zapragnął sięgnąć po stare jazzowe nagrania z legendarnego Blue Note, która to wytwórnia wspaniałomyślnie udostępniła mu bezdenne złoża katalogu obejmującego pół wieku ważnej i wspaniałej muzyki. Obłożony archiwalnymi taśmami Otis Jackson Jr. ostatecznie wybrał kilkanaście konkretnych fragmentów – zarówno powszechniej rozpoznawanych, jak i takich, które dopiero na Shades Of Blue w praktyce lub naprawdę oficjalnie po raz pierwszy wychynęły z piwnic Blue Note (bo odnajdujemy tu tracki previously unreleased, jak i obecne na mniej znanych składankach lub niedostępnych LP-kach). Madlib zdecydował się wypełnić krążek w połowie remiksami, a w drugiej części nowymi wersjami starych kompozycji. Ponadto był na tyle dobry, żeby wewnątrz bookletu umieścić bardzo szczegółowe dane dotyczące wersji źródłowych, ułatwiając największym pasjonatom dotarcie do samego tworzywa Shades Of Blue. Naturalnie, jako osoba będąca niejako w obowiązku krytycznie spojrzeć i obiektywnie oszacować wartość albumu pod kątem autorskiego wkładu Jacksona, sam z tej niepisanej oferty skorzystałem.

Mówiąc uczciwie, wszystko co najlepsze na Shades Of Blue zdaje się pochodzić bezpośrednio ze starych winyli, a nie wyobraźni Madliba. Bardzo często udział Otisa okazuje się zdecydowanie zbyt skromny, ograniczając się do dość oczywistego przetransponowania języka jazzu w rzeczywistość instrumentalnego hip-hopu. Owszem, cały ten proces modernizacji przeprowadzany jest gładko i zgrabnie, ale zdecydowanie brakuje jakiejś iskierki bożej, polotu albo przynajmniej większej ilości własnych pomysłów. Niespecjalnie przekonywająco przedstawia się grupa remiksów, w większości polegających na obudowaniu vintage jazzu beatami i skreczami pełniącymi unowocześniająco-ozdobnikowe funkcje.

I w tym miejscu należałoby może przejść do paru wyjątków od reguły. Cała podróż w głąb niezbadanych archiwów Blue Note rozpoczyna się od energetycznego "Slim's Return", czyli "The Look Of Slim" Gene'a Harrisa precyzyjnie uposażonego w masywne bębny niczym z Endtroducing i jadący (po maksie) basik. Jest to jeden z niewielu przypadków, kiedy mimo niewielkiego kapitału "nowego", trudno się do czegokolwiek przyczepić. Realizacja założeń przedstawia się perfekcyjnie. Z kolei w "Mystic Bounce" absolutnie rozjebujący groove basowy przeniesiony zostaje w mistyczne realia. Wyborny motyw przewodni to dzieło Ronniego Fostera, za to Madlib oskubał pierwotną wersję z całej subtelnej, rozimprowizowanej mgławicy organkowo-gitarowej, intensyfikując zamiast tego warstwę rytmiczną, wprowadzając hipnotyczne klaskanie i wyciągnięty z sennych koszmarów background przemieszanych ze sobą wycinków wypowiedzi. Kreatywny, rewelacyjny remix.

Na przeciwległym biegunie odnajdujemy "Distant Land", gdzie uzupełnienia polegają na jednostajnym, mało interesującym bicie, samplach wokalnych i delikatnym tle klawiszowym. Sytuacje ratują producenckie zdolności artysty, dobudowującego do jednowymiarowego utworu kilka dodatkowych płaszczyzn. Ale, że ten człowiek uchodzi w dziedzinie realizacji dźwięku za czarodzieja, nie ma potrzeby lizania się z tego powodu po fiutach. "Stepping Into Tomorrow" Donalda Byrda, najlepszy na płycie kawałek-źródło, polega na wycofaniu saksofonu z pierwszego planu, by skupić dynamikę remiksu. Służy temu także przeobrażenie podkładu na regularny trip-hop w konwencji Massive Attack z Blue Lines. Niemrawo i niezadowalająco wypada "Montara", jeden z wyjątków na Shades Of Blue, kiedy wersja madlibowa nie podąża w kierunku skonkretyzowania kompozycji, sprowadzenia jej do kluczowych elementów.

Co do zestawu coverów, czy też przeróbek: zmiany oscylują od imponująco esencjonalnych po nie zawsze zrozumiałe, obdarzone urokiem rusztowania przyczepionego do remontowanego pałacu. Bardzo "ok" na przykład wypada wykonanie "Stormy" Reubena Wilsona, lekko transformujące i eksponujące konkretną niepozorną melodię, o sporym potencjale jak się okazuje. Zachowana zostaje rozproszona forma, ale wszystko co zbędne, w rodzaju przydługiego interludium, idzie do lamusa. Natomiast nic intrygującego nie odnajdujemy w latynoskim "Song For My Father", którego każda pozytywna cecha, z zaraźliwym tematem saksofonowym na czele, okazuje się w miarę wiernym odwzorowaniem oryginału. Szlachetnemu "Footprints" Wayne’a Shortera nie można postawić podobnych zarzutów, bo tu, odwrotnie do tendencji na całej płytce, pierwowzór zostaje schowany i rzeczywiście przypomina bardziej impresje około-shorterowe, niż cover, nawet jeśli anielskie wibrafony i kubańskie rytmy nie powalają na kolana. Mamy tu jeszcze "Peace / Dolphin Dance" – nudnawo melancholijne dziełko Horace'a Silvera rozmyte i ukryte pod gęstą chmurą perkusyjną, przeplecione najistotniejszymi fragmentami "Dolphin Dance" z Maiden Voyage. Znowu ze względu na brak istotnej kontrybucji Otisa trudno tu mówić o jakimś wbiciu w siedzenie, warto jednak zauważyć misterny schodkowy rozwój aranżacyjny.

Gdyby zabawić się w rozpoznawanie "funkcji" Shades Of Blue, należałoby chyba zwrócić uwagę na pewną dualistyczną własność albumu. Mimo, że nie jest to kawiarniany jazzik sympatycznie pogrywający do lunchu, spokojnie sprawdza się jako przyjemny, energiczny instrumental jazz-hop. Jednocześnie równie wskazana dociekliwość przywodzi do wielu spostrzeżeń i ciekawych konkluzji. Nawet jeśli wnioski miałyby doprowadzić do bagatelizacji przedsięwzięcia. Poza tym, na inicjatywę Madliba warto spojrzeć niczym na prace konserwacyjne: wydobywanie piękna nieznanych nagrań i ukazywanie bogactwa długiej jazzowej tradycji to zaiste szlachetna idea.

Michał Zagroba    
23 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie