RECENZJE

Machinedrum
Room(s)

2011, Planet Mu 7.3

Na pierwszy rzut oka fenomen juke’u może się wydawać (a przynajmniej wydawał się mi) kompletnie niezrozumiały. Ja sam do niedawna z trudem wytrzymywałem dłuższe sesje z tym tematem, nawet jeśli w grę wchodziły tuzy gatunku w rodzaju DJ-a Rashada. W oderwaniu od powodujących u mnie stały opad szczęki parkietowych wyczynów kolesi z Chicago i okolic, te surowe, choć cholernie oryginalne kawałki w ogóle nie zdawały w moim przypadku egzaminu. Dopiero Brytyjczycy, biorąc się za robienie juke’u, a przy okazji wygładzając to i owo, zapewnili mi odpowiednią propedeutykę. Od tego czasu Bangs and Works leci u mnie cały boży dzień. Ceną są zaniepokojone spojrzenia sąsiadów, ale cóż, nie można mieć wszystkiego, drogi panie.

Teraz juke postanowił wziąć na warsztat Travis Stewart, znany szerzej pod pseudonimem Machinedrum i podobnie jak jego koledzy z UK czyni wszystko tak przystępnym, jak tylko się da. Footwork na Room(s) podlany został strawnym futuregarage’owym sosem i przykryty estetyką zapożyczoną od chłopaków z Mount Kimbie. Wokalne wycinanki z r’n’b included. W ogóle, wyspiarskich inspiracji jest tu tyle, że Room(s) byłoby z pewnością silnym argumentem Stewarta przy okazji ewentualnych starań o obywatelstwo. Szczęśliwie jednak chicagowski pierwiastek wciąż jest w nowym dziele Machinedrum zupełnie wyraźny – Stewart rzadko przekracza granicę rozwodnienia, za którą radośnie hasa choćby jego kolega po fachu, Jamie Grind, a jeśli już, to robi to w nieporównywalnie lepszym stylu, tak że stworzona przez niego hybryda zachowuje ręce i nogi. Przyjmując 140 bpm’ów za muzyczną sygnaturę Londynu, a 160 – Chicago, Room(s) wypada pewnie gdzieś na środku Atlantyku, oscylując zwykle wokół średniej tych dwóch temp.

Jeśli kojarzycie Stewarta głównie jako gościa, który na spółę z Prefusem w 2001 roku wymyślił glitch hop, radzę szybko porzucić tę asocjację. Dziesięć lat później komputerom nie wypada już się zacinać, więc i glitch odszedł do lamusa – na Room(s) nie znajdziemy nic prócz czystego, dobrze wyprodukowanego brzmienia, jeśli nie liczyć zabaw z przesterem w końcówce "Door(s)" i mignięć fascynacji lo-fi w "Come1". A jednak nowe LP Machinedrum najlepiej brzmi wtedy, gdy Stewart częściowo przypomina sobie o swojej hip-hopowej proweniencji i do syntetycznych bębnów dorzuca winylowe breaki. To właśnie przy okazji kawałków takich jak "Lay me Down" czy "U Don‘t Survive" Room(s) uderza najcelniej, w pełnej krasie ukazując całą swoją świeżość. A jeśli już przeszliśmy do konkretnych tracków, nie sposób nie napomknąć o jednym z moich personalnych kandydatów na banger roku, czyli "GBYE" z kapitalnymi, wciąż fluktuującymi układami wokalnych sampli. W ogóle na Room(s) znależć można spore pokłady parkietowej energii, choć często podanej na nieoczywiste sposoby. Chwilę wytchnienia od tanecznych rytmów przynosi jedynie burialowo-ambientowe "Where Did We Go Wrong", będące skądinąd chyba najsłabszym momentem płyty.

Koniec końców, nowe LP Machinedrum plasuje się w ścisłej czołówce najsolidniejszych płyt tego roku i dowodzi świetnej intuicji Stewarta. Nietrudno wyczaić pochodzenie poszczególnych elementów amalgamatu jakim jest Room(s), to fakt. Wciąż jednak razem brzmią zaskakująco świeżo i oryginalnie. Propsy.

Marcin Sonnenberg    
17 października 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja