RECENZJE

Mac DeMarco
This Old Dog

2017, Captured Tracks 7.7

Tak, znowu to zrobiłeś, DeMarco. Najmocniej jak potrafię przepraszam, że wątpiłem. Mógłbym się usprawiedliwiać, że pisanie o takiej Marce w 2017 roku to nie figa z Makiem; albo pisać, że linia Demarkacyjna dzieląca ten tekst i datę premiery płyty przez tak zwane pole kilobitwy ("a imiona byłych dziewcząt wypowiadając jak wojnę") przebiega nie w tym miejscu, w którym powinna, bo rzucanie palenia bywa trudne. Dobrze, odleciałem z dymem, jak zwykle eksodusząc się w punkcie wyjścia, ale że każda obrana ścieżka wydaje się kulDesaczna, to zaczynam kolejny raz ("Oh dear, act your age and try another year").

Gdy bohater High Fidelity zadaje sobie fundamentalne dla niewielu pytania: "Co było pierwsze: muzyka czy smutek?" i "Czy słuchamy muzyki, bo jesteśmy smutni, czy jednak jesteśmy smutni, bo sluchamy muzyki?", DeMarco najwidoczniej etap podobnych rozmyślań ma już za sobą (Never thought some silly songs could ever go and hurt someone). Czyli już nie "przeboje i podboje", nie do końca, nie-wierność w stereo, nie chujowe polskie tłumaczenia i nie oda (z perspektywy czasu to raczej elegia) do Viceroyów, tylko Macky Pojeb I Komnata Refleksji albo Marry DeMarco I Księga Niepokoju. Podąża ścieżką wyznaczoną przez świetne Another One: kroczy drogą introspekcji ze skruszoną tarczą ironii, skraca dystans autoreferencją. Vernor Winfield McBriare Smith IV, niemalże rozbawiony, a na pewno prawie pogodzony z upływem czasu, znowu potwierdza swoje kompozytorskie umiejętności. Cytując klasyka: "Jak długo jeszcze będziemy się podniecać kolejną identyczną płytą Maca DeMarco, która wyciekła do sieci?".

Miejmy nadzieję, że jak najdłużej! To, co w okolicach premiery Salad Days brzmiało jak piosenkopisarskie życie ponad stan, przypadkowe nagranie świetnej płyty przez nieodpowiedzialnego trefnisia, z perspektywy czasu funkcjonuje jako jeden wielki, nonszalancki krok ku wielkości i potwierdzenie swojej dominacji. Pewnie, to nadal ten sam diastemiczny książę, to wciąż Pepperoni Playboy przybierający heteronimy z gracją Fernando Pessoi. Tyle że jakby mądrzejszy, w pełni świadomy tego, że widmo powtarzalności wisi nad Kanadą i sporo lat temu odleciało z dymem, a przede wszystkim bez wahania oddający do prania znoszoną, wyslackerzoną kurtkę. Jakkolwiek sporym nadużyciem byłoby pisanie o stoickiej mądrości, to trudno zaprzeczyć, że Mac jest obecnie subtelniejszy niż zwykle, co przy nadal urzekającej łatwości w klejeniu zgrabnych pieśni po prostu imponuje. Brawurowo wykształca autorski pierwiastek, swoje klonowe saudade za pomocą iteracji, nawet na przyziemnym poziomie tytułów (Another One, "One Another", "One More Love Song"), i doprowadza do perfekcji w taki sposób, że "idiom" zamienia drugie "i" na "e", a "om" na "ał". Wyciąga maksimum z formuły prostej, trzyminutowej piosenki, a gdy w sukurs przychodzi charyzma – ta zazwyczaj słusznie kompromitowana kategoria charyzmy – to ręce same składają się do oklasków. Inny klasyk śpiewał kiedyś, że kręcimy się w kółko i chcemy nowych piosenek – DeMarco oferuje nam więcej tego samego, ale "to samo" nigdy nie było tak dobre.

I taka właśnie jest ta płyta: oparta na przezwyciężonych paradoksach, ale ciągle przystająca gdzieś na rozstaju dróg, gdy oddychotomia teraźniejszość. Co rusz spogląda to na rewers, to na awers dojrzałości. Balansuje między zwiewnym, bezpretensjonalnym folk-popem, którego przykładem jest "Still Beating" ze ślicznie kontrapunktującą gitarą, a utworami sunącymi z dostojeństwem rozświetlonym synthami ("On The Level", "For The First Time"). Szuka wyjścia pomiędzy keyboardową artymią serca zmrożonego psychodelią a akustycznym oplątywaniem; patrzy przed siebie, a może nawet za siebie jak Bob Dylan w filmach (sprawdźcie "One Another" i "A Wolf Who Wears Sheep Clothes"). Na pierwszy rzut ucha bałaganiarska, ale najdojrzalsza, najbogatsza aranżacyjnie i najbardziej minimalistyczna ("Sister" i poruszający closer "Watching Him Fade Away"), umiejętnie łącząca smutek i optymizm (śmierć i życie?). Ironicznie poważna i na serio niepoważna?

W rozmowie z KRCW nasz bohater wspominał, że w czasie nagrywania płyty często słuchał Jamesa Taylora i Paula Simona – muszę stwierdzić, że jest w tym coś godnego szacunku, na mnie w każdym razie takie ostentacyjnie niemodne olewanie współczesności robi wrażenie. Inna sprawa, że nawet w tym sięganiu do dorobku klasycznych songwriterów sprzed lat też znajduję jakieś pękniecie, które nie do końca potrafię wyjaśnić. Może kluczem to zrozumienia jest postać ojca DeMarco, która stosunkowo często nawiedza This Old Dog? Dwa lata temu nie tak znowu różowe lata siedemdziesiąte całkiem udanie wskrzeszał Tobias Jesso Jr., ale w 2017 roku to DeMarco może z dumą powiesić na ścianie dyplom z ukończonego z wyróżnieniem kursu "jak brzmieć jednocześnie retro i oryginalnie".

A co najgorsze albo najlepsze: łatwo się z tym wszystkim utożsamiać, naprawdę, aż mnie coś łapie za gardło czasami ("Oh no, looks like I'm seeing more of my old man in me"), zwłaszcza gdy powtarzane słowa doganiają rzeczywistość ("It's just like seeing her for the first time again") albo pozwalają na nowo się oszukać i na nowo uwierzyć ("Boy, this could be your year"). Twierdzę, że za fenomenem gościa stoi między innymi uniwersalność, wcielanie się w rolę XXI-wiecznego everymana indie-rocka, którego pieśni mogą nucić zarówno zatwardziali cynicy ("Sometimes my heart may seem awful cold"), jak i romantycy zmęczeni ideą wietrznego powrotu, wieczną niepogodą i dyskretnym ch(ł)odem. Fantomowy ból po rozstaniu nadal potrafi łamać serce – możesz o tym nie wiedzieć, ale jeżeli tego nie rozumiesz, to cóż... ("Yours wasn't ever really broken, was it?"). I jeśli przyszłość nie maluje się w ciepłych barwach, to przynajmniej Mac przemalował świat na niebiesko i żółto, a jeżeli popełniłem błędy, to chcę je powtórzyć, chcę je powtórzyć. It's just another review, It's just another love review. Chociaż wszystkie mi to mówią: to może być twój rok, chłopaku. To może być twój rok, klaunie.

Paweł Wycisło    
13 września 2017
BIEŻĄCE
Gang Śródmieście"Discopolka"
KortezMój Dom