RECENZJE

Mac DeMarco
Salad Days

2014, Captured Tracks 7.3

Niech nie zwiedzie cię ta szpara między jedynkami, to naprawdę zajebisty gitarowy pop – tak mniej więcej zwykłem mówić, w nieco żartobliwym tonie średnio zorientowanym znajomym rekomendując im muzykę Maca. Nie żeby byly to gardzące pospólstwem banany, ale przecież też nie jakieś totalne prościuchy. Bo już tak bardziej serio – komu się chcę klikać w tym całym zalewie linków? A przecież każdy powód żeby tego nie zrobić jest dobry. Nadmiar informacji oraz zdeterminowane nim lenistwo to jedno, ale kwestia samego wizerunku DeMarco, o której możecie poczytać w każdej recenzji nowego albumu Kanadyjczyka, nie powinna mieć już na pewno żadnego znaczenia dopóki ma bardzo duże, kiedy się muzykę ogląda, a nie jej słucha.

W zasadzie ta płyta mogłaby się nie ukazać i nic by się wielkiego nie stało, bo nie ma tu nic radykalnie odmiennego w stosunku do tego, czego sam DeMarco nie robił już wcześniej (pewne novum może stanowić jedynie indeks dziewiąty, gdzie zdaje się po raz pierwszy Mac tak wyraźnie postawił na operowanie nastrojem). Salad Days podobnie jak ostatni album Real Estate funkcjonuje raczej gdzieś w obrębie kategorii nagrań konserwatywnych, niech będzie też, że dziadowskich, gdzie nie uświadczysz jakichkolwiek komplikacji na poziomie produkcji, ale też w budowie samych kompozycji. Tegoroczny sofomor stanowi dobrą alternatywę dla płyt, które swoją tożsamość budują głównie na czynniku technologicznym. Ta zdecydowanie go odrzuca, jednocześnie skupiając się na charakterystycznej dla siebie prostocie treści.

Dla mnie tego się po prostu dobrze słucha, głównie z uwagi na fajne melodie, które trybią. Tak bardzo fajne, że powiedzmy do piątego indeksu włącznie każdy kolejny track chcę repetować, co już mi w zupełności wystarcza. No bo umówmy się, żadnych cudów wobec tego typu nagrań nikt tutaj nie oczekuje. Mało tego, gdyby całość utrzymała poziom kwadransa otwarcia, to nota byłaby jeszcze wyższa, bo jak słusznie stwierdził naczelny, takiego początku nie powstydziłby się sam Pink. No bo co można więcej powiedzieć o refrenie "Let Her Go" poza tym, że chwyta za serce? Takich ujmujących momentów jest zresztą znacznie więcej, przykładem niech będzie chociażby kolejny chorus, tym razem ”Blue Boy”, czy posiadający nieco pastelowy odcień synthowy motyw w ”Chamber Of Reflection”. Z całego zestawu nie przekonuje mnie jedynie "Let My Baby Stay" zmierzający donikąd – no nudy panie.

Multum plusów, deficyt minusów – 7.3 ustrzelone. Najlepszy album Kanadyjczyka? Chyba tak. Najważniejsze, że są tutaj te mocne i bardzo mocne piosenki, których przecież nigdy nie za wiele. Prostota bijąca z Salad Days niech zadziała jak odtrutka dla odczuwających przesyt eksperymentami formalnymi, wyrastającymi z kultu technologii, którymi równie szybko się zachwycamy, co o nich zapominamy. A czy koleś pali markę Viceroy czy Marlboro – kogo to obchodzi?

Marek Lewandowski    
29 kwietnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie