RECENZJE

Mac DeMarco
2

2012, Captured Tracks 6.4

Panującym trendem w amerykańskiej muzyce post-indie jest w tym momencie pretensjonalność. Mam wrażenie, że ku zaakcentowaniu zmierzchu "ery ironii" przedstawiciele szeroko pojętej alternatywy w Stanach nie obnoszą się już tak ochoczo ze swoją pracą w charakterze stolarzy, sprzedawców, barmanów czy rozwozicieli pizzy. Gorącym towarem jest teraz raczej intelektualizm noszony z dumą na piersi, artyzm i świadomość polityczna. Na szczęście z podażą nie ma w tym przypadku problemów, bo na coś przecież musiały pójść ciężko zarobione dolary rodziców. Jak łatwo się domyślić, ten zwrot ma bezpośredni wpływ na prądy w pisaniu o muzyce oraz – na zasadzie jajka i kury – powstające niejako pod krytykę płyty.

Za przykład z brzegu może posłużyć choćby tzw. vaporwave, gdzie do całkiem smacznie brzmiącego, młodszego kuzyna chillwave’u dorabiana jest mocno naciągana filozofia anty-kapitalistycznego sprzeciwu. Poprzez samplowanie komercyjnej muzyki lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, jak dotąd uważanej za obciachową przez typowego konsumenta "ambitnego" popu, vaporwave miał szansę być utożsamieniem celebracji muzyki za same swoje walory piosenkowe, przyznaniem racji tym, którzy potrafią zajawiać się Avalon na równi z For Your Pleasure. Tymczasem widać, że sama rewolucja inspiracji nie wystarczy i prąd został umieszczony w przeintelektualizowanym kontekście "znaczenia kulturowego". Żyjemy w epoce obsesji na tle znaczenia.

Dlatego płyty takie jak 2 są coraz bardziej wskazanym panaceum. Nie, żeby była ona specjalnie wybitna, bo nie jest. Solidna najwyżej (tudzież "mocna", vide skala ocen). Siłą Maca DeMarco jest raczej fakt, że koleś wydaje się mieć mnóstwo (większość) rzeczy w dupie. Jego długogrający debiut płynie na fali anty-perfekcjonizmu, zabawy w tworzenie modnie brzmiących piosenek, a niekoniecznie perfekcjonistyczego tworzenia modnie brzmiących piosenek (ironii dodaje fakt, że esencją "trendu", pod którą możnaby podczepić tego typu muzykę, jest właśnie jej brak wykalkulowania). W tym sensie Mac Demarco spełnia wymogi gatunku w 100%, równocześnie demaskując większośc kolegów i koleżanek po fachu.

A co znajdziemy na samej płycie? Niedbałe, odprężone kawałki osadzone w konwencji gitarowego popu; garage rock odcięty od swoich źródeł. Znakiem rozpoznawczym jest tu niezgorsze brzmienie głównego instrumentu, gdzieś pomiędzy surf-rockiem and 90’sowym lo-fi, retro, ale bez oczywistości. Dodatkowym echem przenikającym cały krążek jest duch klasycznego amerykańskiego folku z naleciałością rockabilly w wydaniu Velvet Underground; stąd porównania do Kurta Vile’a. Jeden z najfajniejszych momentów 2, "Freaking Out The Neighborhood", to właśnie tego typu "hi-fi chillwave" grany w przydrożnym saloonie, z jakich znani są Violators. Mój ulubiony z kolei "My Kind Of Woman" nawiązuje do wszechobecnego ostatnio jangle’u na kanwie Real Estate, przy czym nonszalancja Demarco sprawia, że w jego wydaniu ten brzmieniowy trop wypada sto razy bardziej "ludzko" niż przedmiejska neuroza tria z New Jersey.

Takie są zresztą wszystkie utwory Maca Demarco: ludzkie, sprężyste i przemijające niczym krótkotrwały moment euforii po jednym piwie (lub trzech, jeśli nie jesteście mną i nie imprezujecie w godzinach 8-10:30). 2 nie zapisze się może w annałach songwritingu dzwudziestego pierwszego wieku, ale zagadkowo przyciąga do wielokrotnych podejść w słoneczne jesienne popołudnia, niedzielne poranki i bezsenne noce. A gdy posłuchamy Maca Demarco za kilka lat, na pewno przypomni nam, że dwa tysiące dwanaście pełen był godnych uśmiechu ułamków sekundy.




Patryk Mrozek    
12 grudnia 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie