RECENZJE

M83
Junk

2016, Mute 4.2

Jest dobra i zła wiadomość w kontekście nowego albumu Anthony'ego Gonzaleza. Zacznę od tej dobrej. Jak wiadomo, na poprzednim LP Francuz drażnił wszechobecnym patosem, a rozciągnięcie materiału na dwa krążki tylko potęgowało wzrastającą irytację słuchacza. Na Junk tego nie ma. M83 nie pompuje już każdego kawałka do granic wytrzymałości. Niestety zamiast tego zaczyna straszliwie przynudzać. To jest ta zła wiadomość. Po parokrotnym przesłuchaniu płyty właściwie nic z niej nie pamiętam. Nie zwiastuje tego jeszcze parę pierwszych indeksów, z tym dziwadłem "Do It, Try It" na czele, w których przynajmniej coś (niekoniecznie dobrego) się dzieje, ale od numeru szóstego mamy jeszcze dziesięć utworów, które właściwie zlewają się w mdłą, bezpłciową materię. Dobrze więc, że Gonzalez nie postanowił kontynuować drogi obranej na Hurry Up, We're Dreaming, ale nowy kierunek wydaje się jeszcze mniej ciekawy.

W wywiadzie dla Pitchforka z zeszłego miesiąca artysta w następujący sposób tłumaczył tytuł płyty – "This is how people listen to music nowadays: They're just gonna pick certain songs they like – one, two, if you're lucky – and trash the rest. All else become junk". Właściwie trochę sobie wywróżył. Gdybym miał wskazać najjaśniejsze punkty Junk to byłaby to z pewnością wyróżniająca się, łagodna retro impresja "Moon Crystal" i … długo długo nic, ewentualnie fragmenty poszczególnych utworów – wyluzowana gitara z "Go!" (z tym że już solówka Vai'a jest ciężka do przetrawienia), czy druga połowa zamykającego album "Sunday Night 1987" trochę w duchu "środkowego" Wondera. Nie jest tak, że zupełnie olałem resztę kawałków z tego albumu, jak sugerowałby Gonzalez. Na potrzeby recenzji zawsze słucham nawet wątpliwej jakości materiału przynajmniej dwa razy w całości, ale bez problemu zrozumiem wszystkich tych, którzy nie będą chcieli męczyć się niemal godzinę więcej niż raz i po prostu dodadzą "Moon Crystal" do jakiejś chillplejki i szybko zapomną o tej płycie. Francuz nie odlatuje we wspomnianym wywiadzie tak bardzo jak Barbara Białowąs w kultowej już rozmowie z Michałem Walkiewiczem i nie sugeruje, że należy trzykrotnie odpalić Junk, żeby w pełni zrozumieć jego walory, ale trochę to jednak zalatuje niezrozumieniem specyfiki czasów w jakich żyjemy. Gdyby album był dobry, to bym do niego wracał.

Gonzalez właściwie leci tu na dwóch patentach. Połowa tracklisty to usypiające synthy pobudzane przez mocną perkę, do którego to zestawu czasem dodawane są karykaturalnie brzmiące smyki (jak w przypadku "Solitude"), natomiast druga opcja to kawałki napędzane przez taneczne, klawiszowe bity jak w "Laser Gun" z udziałem Mai Lan czy "Time Wind" z Beckiem na wokalu. Te featuringi to w zasadzie jedyna rzecz, która pomaga rozróżnić poszczególne utwory. Pewnie za bardzo się pastwię, bo nie jest to materiał zupełnie beznadziejny, ale przypominając sobie takie Dead Cities czy Saturdays = Youth, zaczynam wkurzać się na Francuza, bo przecież stać go na dużo, dużo więcej.

Stanisław Kuczok    
29 kwietnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie