RECENZJE

M83
Hurry Up, We're Dreaming

2011, Mute 5.0

Wiara we własne możliwości i próby wizjonerstwa to jedna rzecz, ale Anthony Gonzalez – najwyraźniej oszołomiony gradem pochwał po Saturdays=Youth – postanowił chyba z marszu stworzyć opus magnum. Zamierzenie dość ryzykowne, bo facet od lat celował w niemodny patos i nierzadko bywało, że się w nim gubił. Właśnie owa wzniosłość kojarzyła mi się z M83 najbardziej, a hasła takie jak: "faktury", "shoegaze", "dzieci", "dream-pop" czy "takie-trochę-Caribou" szły dopiero przy drugiej fali skojarzeń. I tu trzeba wspomnieć, choć wszyscy doskonale to wiedzą, że takie myślenie jest efektem ponadgatunkowości muzyki Gonzaleza (a wcześniej także Fromageau) – ja nie do końca wiedziałem, co na poprzednich płytach było grane. W przypadku tegorocznego dzieła wątpliwości nie ma. Niestety.

Gdyby tak na sucho porozprawiać o rozwiązaniach na Hurry Up..., to rzeczywiście wszystko jest tu magnumowate. Drobne oszustwo w postaci dorzucenia drugiego krążka można jakoś tam usprawiedliwić konstrukcją całego dzieła, ale to wciąż są raptem 73 minuty. Dźwięków jest za to niesamowicie dużo, w co drugiej piosence po bardziej intymnym wstępie wchodzi mocarna perkusja, wysokie wielogłosy, znacie klimaty. Eksplozje syntezatorów w refrenach, a gdy trzeba – zmysłowe szepty i Zola Jesus. I co? I te wszystkie błyskotki ostatecznie składają się na opakowanie generalnie jednego utworu w kilkunastu odmianach. Singlowym "Midnight City" można się zachwycić, ale porozrzucać na płycie jego inne wersje, przedzielając je ambientowymi miniaturami, to już nie ma sensu. A przecież to nie jest tak, że Gonzalez zgubił w ostatnich latach talent – świadectwem jeden z najmocniejszych numerów na płycie, "Raconte-Moi Une Histoire", gdzie na tle rytmu jazdy kolejki wąskotorowej, sympatyczną opowiastkę snuje zapewne bardzo sympatyczne dziecko. Oczywiście i tu nie obyło się bez wielogłosów, które doprowadzają utwór na granicę przesłodzenia, ale wszystko dzieje się naturalnie, bez żadnej spinki na epickość. Jednak w większości przypadków piosenki pisane są pod tezę, co się nie sprawdza, a my, żeby dotrzeć do tych kilku lepszych fragmentów, przebijamy się przez morze przeciętniactwa. Karygodne, jeśli weźmie się pod uwagę, że jeszcze trzy lata temu ten sam wykonawca potrafił niemal wycisnąć łzy w minutę od wciśnięcia "play", choć nie do końca wiadomo było dlaczego. Teraz jest bardziej bezpośredni: staje nad nami i krzyczy, żebyśmy płakali i tęsknili. Ale ja nie wiem po co i za czym.

No właśnie. Na poprzedniej płycie Francuz – jak pisał Tomek Waśko – zwrócił się w stronę swojej młodości, generalnej swobody, bajań i romansów. Nie wiem w którą stronę zwraca się teraz, ale to nie był najbardziej urozmaicony czas w jego życiu. Może chce oszukać swoją dorosłość? Nie da rady. Życie nie jest aż tak fajne, większość ulic w mieście to jednak popękany asfalt, a Chris Martin jest tylko jeden i w zupełności wystarczy.

Filip Kekusz    
7 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja